jestem strasznie już zmęczona tą zimą. gdybym mogła to nie wychodziłabym z domu do czasu aż temperatura będzie wynosić min. 3 stopnie na plusie. chyba nie żądam tak wiele? ;/

kiedy ostatnimi czasy patrzę na ten otaczający nas świat i słucham wiadomości serwowanych przez media, to serio chce mi się rzygać. bez przerwy jakieś kretyńskie spory i sensacje o mamie Madzi, partii Palikota (do której, o zgrozo, sama się przyczyniłam; nie idę więcej na wybory, polityka jest nie dla mnie) i reszcie naszego rządu, który albo usiłuje zalegalizować związki homoseksualne, albo usiłuje pozbyć się krzyży z instytucji publicznych itp. itd. kolejna porcja wiadomości to: gdzie kogo zamordowano, komu ucięto rękę czy nogę oraz gdzie tym razem upuszczono/ uduszono/ utopiono noworodka. nie mówię, że mam coś do homoseksualistów, choć osobiście nie uważam, że ich związki powinny funkcjonować na tych samych prawach co małżeństwa, choćby ze względu na możliwość adopcji (a raczej jej brak); nie mówię też, że nie należy informować o takich incydentach jak bestialskie zachowanie, ale z założenia informacje takie miały uczulać społeczeństwo na dany problem, a w tym momencie tylko je z nim oswajają i robią z niego chleb powszedni. codziennie karmią nas zamiennie śmiercią, tanią sensacją i oskarżeniami a to w kierunku Tuska, a to w kierunku Kaczyńskiego, a to kogoś tam jeszcze innego. to, co rzeczywiście dzieje się w naszym kraju i na co powinniśmy zwrócić szczególną uwagę, w mediach jest zwyczajnie pomijane, ewentualnie jest krótka, szybka wzmianka, jakby to było coś nieistotnego, ale no wspomnieć muszą. od jakiegoś czasu notorycznie giną ludzie, którzy nie byli tacy znowu dla państwa nieistotni i dziwnym trafem za każdym razem jest to samobójstwo albo nieszczęśliwy wypadek. i owszem można o tym usłyszeć w wieczornych wiadomościach albo przeczytać w gazecie, ale media są na tyle zręcznym narzędziem manipulacji, że nasza uwaga będzie ukierunkowana na coś zupełnie innego jak np. acta lub związki partnerskie. o tym, że wzrasta bezrobocie, a ceny nie maleją też jakoś nikt nie wspomina. dostarczają nam tematów do kłótni i darzenia się nienawiścią, bo niestabilne emocjonalnie społeczeństwo jest znacznie łatwiej kontrolować niż ludzi chłodno myślących i postrzegających świat z dystansem. i Łona ma rację, że „nikogo nie dziwi już ogrom tych szaleństw”, bo to, co się obecnie dzieje na świecie jest znacznie bardziej podobne do Orwellowskiego Roku 1984 niż mogłoby się pozornie wydawać. naród jest zdołowany, przyzwyczajony do wiecznego narzekania i nierealnie wysokich cen za byle gówno, a zamiast mózgu ma papkę. i na dobrą sprawę nie tylko w Polsce źle się dzieje, bo sytuacja w Izraelu, Syrii czy Korei Północnej też nie zachęca do optymizmu. i niby mówi się, że może być trzecia wojna światowa, że tam mają bombę, a tam się zbroją, ale niewiele się zmienia w związku z tym. na świecie panuje kompletny burdel, w kraju mamy swój prywatny cyrk i swoje małpy i niestety, ale wartości takie jak wiara, rodzina czy ojczyzna zanikają na rzecz promowanego obecnie stylu życia polegającego na wyścigu szczurów i pogoni za pieniędzmi, wyśmiewaniu „katoli” i nabywaniu kolejnych niepotrzebnych dóbr konsumpcyjnych za 3 razy wyższą cenę niż są faktycznie warte. i tak, przyznaję się, że sama temu ulegam, zwłaszcza, kiedy marzy mi się nowa para butów, karnet na siłownię i szczupła sylwetka niczym z billboardu. ale przynajmniej nie zapominam, że na pierwszym miejscu stawia się rodzinę, przyjaciół i wiarę (bo tak, jestem wierząca). i zdecydowanie jestem jedną z najgorszych osób, z którymi można podyskutować o polityce, bo ledwo się w czymkolwiek orientuję, a fakt, iż wiem, że Rostowski jest Ministrem Finansów uważam za duży sukces. nie mniej jednak naprawdę czuję się przytłoczona tym, co mój piękny kraj serwuje mi na codzień, bo bardzo chciałabym, żeby żyło nam się tu lepiej, ale po prostu się w tym momencie nie zapowiada.