Trocadero

jako jedynaczka i mająca zbyt wysokie mniemanie o sobie egocentryczka przyzwyczaiłam się do ogólnego wzbudzania zainteresowania. zwłaszcza wśród mężczyzn. nie powiem, żebym narzekała na brak zainteresowania, a jeśli już nawet nie jestem w czyimś typie to tak czy inaczej facet mnie przynajmniej kojarzy. dlatego też, kiedy mój szef z uśmiechem na twarzy przedstawiał mi niezbyt wysokiego blondyna, mając zapewne na względzie, żebym nie była w tym Paryżu zbyt samotna, już, już zamierzałam odpowiedzieć z grzecznym uśmiechem, że przecież się znamy. ale nie zdążyłam, gdyż on obojętnie na mnie spojrzał i się przedstawił. PRZEDSTAWIŁ. po dwóch latach bywania na tych samych imprezach i posiadania kilku wspólnych znajomych. ładny początek. ostatecznie pomyślałam sobie, że w sumie wszystko mi jedno, bo jakoś mimo, że go za bardzo nie znałam, to za nim nie przepadałam.

traf jednak chciał, że kilka dni później zaprosił kilka osób do siebie na drinka. pomyślałam, ostatecznie go nie znam, dam szansę.

i tak od spotkania do spotkania zaprzyjaźniliśmy się. nie jakoś wylewnie, żadni tam najlepsi kumple, friends forever itd. po prostu ziomki. i tak poszliśmy na piwo, na imprezę, do kina, na sushi. niby nic, a jednak coś. i dość szybko zaczęliśmy opowiadać ludziom o sobie nawzajem. „zawsze jak z nią rozmawiam to musi mi powiedzieć, że jest gruba”, „nie przejmuj się, on ciągle tak zmienia zdanie, jeszcze zmieni 5 razy, zobaczysz”.

było fajnie.

nie wiem nawet, kiedy to się stało, że zaczęłam smucić się faktem jego powrotu do Warszawy, podczas, gdy mi zostały tu jeszcze 2 miesiące.

i nadszedł ten ostatni wieczór, kiedy on nagle zaczął mnie obejmować pod byle pretekstem, kiedy połowę imprezy przegadaliśmy tylko ze sobą jakbyśmy dopiero co się poznali. ludzie pytali kilkakrotnie czy jesteśmy parą, nie pierwszy raz zresztą, bo wcześniej też się to zdarzało, ale odpowiadaliśmy „ależ oczywiście nie, skąd taki pomysł?!”. pytali więc gdzie się poznaliśmy. a on tak zabawnie opowiadał, że właściwie to w Warszawie „ale nie pamiętałem jej, w Paryżu jej się przedstawiłem, była o to strasznie wkurzona”. pojęcia nie miałam, że był tego świadomy. później już było tylko ciekawiej. jego „o Boże, chyba się w tobie zakochuję”, mój zachwyt, gdy słuchałam jak mówi po polsku, gdzie jeszcze kilka dni wcześniej twierdził, że nie umie mówić.

i nagle ból jego wyjazdu faktycznie okazał się bólem, i mimo, że praktycznie nie mamy ze sobą kontaktu (albo może właśnie dlatego) boli mnie to tym bardziej. bo już nie wiem, czy to tylko we mnie tego wieczoru drgnęło serce, czy może on po prostu uznał, że tak będzie lepiej. i mam naprawdę dość tego, że ciągle się pakuję w jakichś takich facetów, którym na mnie nie zależy i których nie obchodzę.

najniebezpieczniejsze relacje biorą się z dobrych znajomości. i właśnie wtedy najbardziej czuję tego kopa w dupę i obojętność, którą mnie częstują.

najpierw poszłam do psychologa, żeby odblokował moje uczucia. teraz najchętniej bym poszła, żeby zablokował je z powrotem. jestem straszną łajzą od pewnego czasu.

sous le ciel de Paris

od prawie dwóch miesięcy jestem trochę Paryżanką. miał być fresh start. i właściwie był. trwał prawie miesiąc.

a potem „pokazałam swoją prawdziwą twarz”.

po wypiciu morza: piwa, Long Islandów, whisky z colą i dwóch kieliszków wódki (a przynajmniej o tylu mi wiadomo) obudziłam się gdzieś w okolicach Republique obok cholernie przystojnego blondyna, którego imienia nie byłam do końca pewna, bo wydawało mi się jakieś dziwne. blondyn? naprawdę musiałam mieć ciśnienie. on też się obudził, zaczęliśmy rozmawiać. po pół godzinie już nawet się sobie nie dziwiłam. przystojny, ciekawy, rozmowa się kleiła od tak po prostu, a przecież byliśmy na takim kacu, i to wszystko po francusku. i tak oto skomplikowałam wszystko, co udało mi się do tej pory wyprostować. bien joue. poszliśmy na Subwaya. właściwie to nawet nie było to wszystko tak bardzo awkward jak można by się spodziewać. zdecydowanie znacznie bardziej awkward był późniejszy przejazd metrem ok. godziny 14 w sukience z poprzedniego dnia, podartych rajstopach, rozmazanym makijażu i potarganych włosach. classy.

ku mojemu zdziwieniu 3 dni później zaproponował mi randkę. zgodziłam się początkowo po to tylko, żeby zagłuszyć moralnego kaca i wyrzuty sumienia, a tymczasem bawiłam się tak dobrze jak już na randce się dawno nie bawiłam. chociaż to może akurat dlatego, że na nie nie chodzę. w każdym razie zdążyliśmy się umówić jeszcze ze dwa razy i upss.. ja jestem zainteresowana, a on chyba niekoniecznie. i nie, nie zakochałam się, nie stworzyłam żadnej utopijnej wizji naszej przyszłości. właściwie to jedyna wizja, jaką chciałam sobie w ogóle stworzyć, to ta dotycząca kilku najbliższych spotkań. ale lol nie. nawet tego nie zdążyłam zrobić. ja nie wiem naprawdę co ze mną jest. czy ja ich sobie takich wybieram, czy o co chodzi? owszem, w pełni rozumiem, że normalne znajomości nie zaczynają się od łóżka, ale przecież nawet mi takiej nie było potrzeba.

a wisienką na torcie jest ten jebany Londyn, który nadal bardzo uparcie siedzi mi w głowie. i każda nasza rozmowa, choć z początku wydaje mi się bez znaczenia, to koniec końców uświadamiam sobie, że mnie boli. za dużo w nich sentymentów. i niespełnionych obietnic, i przekomarzań. a to się nie stanie. i to wszystko jest takie głupie, bo być może mogło być inaczej, ale żadne z nas nie potrafiło nigdy powiedzieć normalnie co czuje. i żadne z nas się nie pofatygowało, żeby o coś zawalczyć. i to jest jedno z tych rozstań, gdzie nie ma wygranej strony. wszyscy przegrali.