brak kontroli

po trzech godzinach stania w korkach na krajowej 17 w końcu dotarłam do domu. i siedzę taka lekko skołowana, z głową nadal gdzieś na wczorajszej imprezie i głębokim poczuciem, że na maksa nie chce mi się iść jutro do pracy.
myślę sobie nad tym jaki sajgon mi się ostatnio zrobił w życiu. „zrobił się”, sam, bo ja go chyba nie spowodowałam, come on. nie aż tak. za tydzień mam wesele, na które idę ze świadkiem. bo jakoś tak oboje wpadliśmy na ten pomysł, że to warto pójść razem. i tak mi to pasuje, ta jednomyślność w tym temacie i to, że on mi się zawsze całkiem podobał i lubię go, ma podobne zainteresowania, a to ułatwia rozmowę. i tak myślałam, że dotrwam sobie do tego wesela i zobaczę jak to będzie, może coś z tego dalej wyjdzie, a może tylko się dobrze pobawimy na imprezie.
aż tu nagle.. dwa tygodnie temu w klubie w Lublinie zobaczyłam jego. takiego ziomeczka, luzne ciuchy, czapeczka, coś urzekającego w wyglądzie. taki mój typ. taki trochę bardzo. spojrzał na mnie, więc się uśmiechnęłam. na pozytywie, nic nie oczekiwałam. ale kilka minut pózniej podszedł do mnie, gdy stałam sama przy barze. i tak jakoś zaskoczyło, spędziliśmy razem resztę wieczoru i przyznam, że bawiłam się mega dobrze. dlatego też mega mnie ucieszyło, gdy zapytał o mój numer telefonu. podałam, bo co miałam nie podać, brałam pod uwagę jakoś się z nim umówić. skoro na tej imprezie było fajnie to spora była szansa, że następne spotkanie też będzie fajne. z tym, że on go nie zaproponował. zbiło mnie to nieco z tropu, ale cóż.. mógł się rozmyślić przecież. zdarza się. kiedy wczoraj jednak spotkaliśmy się w klubie, w którym pracuje, wyglądał na zadowolonego z tego spotkania, nawet zapytał czy umówię się z nim na kawę. zgodziłam się, miał dziś zadzwonić. i nie zadzwonił. i znowu mam mindfuck. bo jak można być tak niezdecydowanym? po co proponować coś, czego się potem nie robi. i to nie jest tak, że ja muszę na tę kawę z nim iść, bo spoko, nie chce to nie, ledwo się znamy, więc nie jest powiedziane, że to musiałaby być jakaś super znajomość, ale z tych dwóch spotkań mam raczej dobre wrażenie, takie, że chętnie właściwie spotkałabym się jeszcze raz. z tym, że nic na siłę. nie mam w zwyczaju za kimś gonić.
i jakby tego było mało to jeszcze jest ten trzeci. ostatni. ten, który znając mnie od x lat, nagle postanowił wjechać w moje życie z buta. tak po prostu, nawet nie pytając mnie o zdanie. i naprawdę nie wiedziałam co się dzieje i jak to się nagle stało, że o 12 w nocy w moim domu jest koleś, który tak po prostu oznajmił mi, że nie wychodzi ze wszystkimi innymi gośćmi, tylko tu zostaje. i tak po prostu sobie wziął to co chciał, a tak się jakoś składało, że tym co chciał była randka ze mną. i tak właściwie to sobie myślę, że może ze mną właśnie tak trzeba postępować. stawiać mnie przed faktem dokonanym i nie dawać czasu na zastanawianie się czego właściwie chcę. a niewątpliwym plusem naszej randki było to, że zaproponował robienie naleśników.. sam z siebie. czekałam na coś takiego od lat i żaden, ale to żaden facet na to do tej pory nie wpadł. tylko on. i choć jestem zdezorientowana i nie cierpię nie mieć kontroli nad tym co się dzieje, to powoli się z tą myślą oswajam i właściwie to troszeczkę czekam na następne spotkanie. bo się znamy, lubimy, bo on mnie zawsze rozśmiesza i ma do mnie jakąś taką czułość, o którą go nie podejrzewałam, a która mi się podoba i intryguje mnie. i wszystko byłoby właściwie bardzo dobrze, gdyby nie siedział mi w głowie koleś z czapeczką.

Intoxicated

Podobno w życiu warto spróbować każdego rodzaju związku. A nawet jeśli nie warto, to one się i tak przytrafią, prędzej czy później. I tak byłam już w relacji toksycznej, miałam wielką niespełnioną miłość, spełnioną miłość trwającą 4 lata, sexfriends przed ponad rok bez głośnego mówienia o tym, że się zakochaliśmy, związek na odległość (i toksyczny przy okazji), a jako dotychczasowa wisienka na torcie kompletnie oszalałam dla małolata. Takie tam 7 lat różnicy, ledwo studia zaczął smarkacz. Ale to jak tańczyliśmy, te spojrzenia, ta chemia.. To jest nie do zastąpienia. I działa jak narkotyk. Chcę więcej. Ale oczywiście jak to zwykle bywa przy kiepskich wyborach – fun był nierealny, ale kop w dupę za to realnie bolesny. Byłam przygotowana na wiele rozwiązań tej sytuacji, tylko akurat nie na takie, które się pojawiło. I tak bardzo czuję niedosyt, który wwierca mi się w głowę i w całe ciało też; i tak bardzo bym chciała więcej. Czy wiedząc, że tak to się skończy, zrobiłabym to wszystko od nowa? Oczywiście, że tak. Bez względu na to jak bardzo ucierpiała na tym moja duma, jak bardzo czuję się na głodzie w tym momencie i jak bardzo odczuwam irytację, że mnie źle potraktowano.. nadal powtórzyłabym to wszystko. I bardzo już bym chciała, żeby wrócił mi rozum, bo z doświadczenia wiem, że gdy coś jest pomiędzy ludźmi niedokończone, to prędzej czy później, pojawia się sposób, żeby to jednak dokończyć. Tylko już zasady i okoliczności nie są te same. I niestety zwykle są gorsze.

A odnośnie niedokończonych spraw, to zaskakuje mnie jak głęboko w podświadomości mogą siedzieć pewne pragnienia i nawet po 7 miesiącach mogą być one tak samo intensywne, a okazja do ich zrealizowania nie może być niewykorzystana. I tak w pogoni za nie wiadomo właściwie czym, spędzam pewien sobotni poranek na Żoliborzu, ciesząc się w duchu, że po Belvederze nie ma kaca i słuchając absurdalnej historii o zakupach w Biedronce.