wigilijne podsumowanie 2013 (chyba już można)

jest 21, już po kolacji wigilijnej. jestem tak przejedzona, że wręcz naćpana tym jedzeniem. karp, śledzie, barszcz z uszkami, wszystko było pyszne, a ja oczywiście nie byłam w stanie sobie niczego z tych rzeczy odmówić. zrezygnowałam tylko z kapusty. i teraz to w sumie żałuję. trzeba było jeść, nie ma, że boli. pierwsza połowa Wigilii minęła mi na jedzeniu, a druga na przytakiwaniu zagadującym członkom rodziny, o czymkolwiek by nie mówili, w tym stanie lekkiego haju i senności. doszłam już trochę do siebie i relaksuję się w kocu z laptopem, myślę nad tym, jaki był ten rok, mimo, że jeszcze się nie skończył i wiele przecież może się zmienić.

myślę, że mimo wszystko był udany. na pewno był ciężki, nie da się zaprzeczyć, ale jednocześnie był bardzo owocny i pełen sukcesów. rok temu byłam na studiach, które mnie nie interesowały; w związku, w którym coś nie grało, choć sama nie wiedziałam co dokładnie; mieszkałam w mieście, którego nienawidziłam tęskniąc niezmiernie za przyjaciółmi, a głowę miałam pełną idealistycznych marzeń o swojej przyszłości na weterynarii. gdyby ktoś mi powiedział, że za rok o tej porze T. będzie tylko wspomnieniem, będę mieć pracę, którą kocham w instytucji bankowej, to samo miasto, którego nie cierpię, będę uważać za wspaniałe, a mój najlepszy przyjaciel będzie traktował mnie jak powietrze, co w jakiś sposób będzie mi na rękę to chyba bym parsknęła śmiechem i postukała się w czoło. natomiast informacja o tym, że dostałam się na weterynarię i na nią nie poszłam to już kompletnie przyprawiłaby mnie o jakiś zawał serca. ale jednak tak, to wszystko to prawda. mimo, że rok zaczął się właściwie fatalnie, bo w końcu pożar, problemy z babcią, rozstanie z T.; nic z tych rzeczy nie brzmiało za grosz pozytywnie. ale taki już chyba mam charakter – kiedy zaczyna się sypać, ja potrafię zebrać się w sobie i zawalczyć o swoje. tak więc wzięłam się za siebie, najpierw tylko lekkie ćwiczenia, w tym momencie regularny fitness i zdrowa dieta (przy czym jednocześnie brak anorektycznych zapędów), a czuję, że dopiero się rozkręcam, ostra nauka do matury i w efekcie dostanie się na tę wymarzoną i upragnioną weterynarię, a także napisanie pracy magisterskiej i obronienie się w terminie. jako wisienka na tym słodkim torcie sukcesów dostałam pracę, w której się zakochałam, w otoczeniu naprawdę wspaniałych ludzi.

nie ma nigdy jednak róży bez kolców. utrata faceta, z którym planowało się życie oraz najlepszego przyjaciela trochę mnie zepsuły emocjonalnie. zaufanie do ludzi (zwłaszcza do mężczyzn) jest na jeszcze niższym poziomie niż dawniej. jeśli chodzi o najlepszych przyjaciół to owszem są, choć z jakiegoś powodu już nie zawsze szukam u nich wsparcia. niby pewnie mogę na nich liczyć, ale mam wrażenie, że częściej niż ze zrozumieniem, spotykam się z krytyką. i trudno. życie. często słyszałam, że ta nasza elizejska sielanka nie może trwać wiecznie i najwidoczniej ów sceptycy mieli rację. nie ma się nad czym rozczulać, choć czasem tęsknię za tym jak było. kogoś w tym roku straciłam, ale kogoś w tym roku też zyskałam, nowe przyjaźnie, o dziwo z kobietami zawsze na propsie ;p
gdzieś jednak zaczęłam mieć poczucie, że należy liczyć przede wszystkim tylko na siebie, bo tak naprawdę ze wszystkim jesteśmy sami. dzień dobry dorosłość.
i choć tak ciężko mi komuś zaufać, to czuję, że jestem gotowa, żeby z kimś być. zresztą nawet się przecież zakochałam, jakkolwiek nietrafione by te uczucia nie były.

w 2014 wchodzę z ogromnymi nadziejami, że dobra passa będzie trwać i również obejmie ona moją sferę emocjonalną i uczuciową. może za rok o tej porze będę zakochana z wzajemnością, w szczęśliwym i dobrze rokującym związku. może.

co jeszcze się w tym roku zmieniło? hmm.. zegarek. tak, na lewej ręce nie mam już wysłużonego od czasów liceum Swatcha. teraz lśni nowiutki am:pm.

2014, please be good to me.

patologia w życiu i motylki w brzuchu

gratuluję sobie. od jakiegoś czasu patologia goni patologię. ale już teraz to myślę, że trafiłam jackpota. najpierw 3 miesiące trwania w jednym obłędzie, skądinąd pozytywnym w jakimś pokręconym sensie i dającym jakieś nieco podejrzane ciepło. nie mniej jednak była to grubba patologia i należało się opamiętać. ledwo mi się to udało, wkopałam się w następną, która, dzięki Bogu, kontynuacji nie miała, ale już w tym momencie to po prostu wygrałam. i bynajmniej nie w życie (choć bardzo bym chciała). jedyną pocieszającą stroną tej sytuacji jest fakt, że jednak potrafię się zakochać. potrafię zakochać się tak, że w brzuchu latają cholerne motylki, a na twarzy na samą myśl mam dość głupkowaty uśmiech. to świetnie, naprawdę, bardzo pozytywna i trochę zaskakująca wiadomość. ja zakochana. dobrze. szkoda tylko, kurwa, że w zajętym typie! zajęty jest bez żadnych wątpliwości. i bez żadnych wątpliwości wpasowuje się w mój target (nie do końca normalnych facetów), jakąś tam korbę bowiem w głowie ma. i to raczej niemałą, sądząc po jego zachowaniu i decyzjach. i cóż naturalnie nasuwa się na myśl, iż wszyscy faceci to chuje i tego należałoby się trzymać, ale.. no tak. karma is a bitch, i choć jeszcze niedawno nie mogłam pojąć jaka idiotka nie potrafi postawić logiki nad uczuciami, to teraz sama taka tępa jestem. w związku z czym, koleś w moich oczach taki najgorszy nie jest. i tak dość głupio w mojej głowie pojawiają się obrazy, które nigdy się nie urzeczywistnią. i prędzej czy później, niczym kubeł zimnej wody, spadnie na mnie tego świadomość. myślę zresztą, że powoli zaczyna to do mnie docierać. dlatego mnie gdzieś w środku tak niefajnie wykręca…

przyznam, że brakuje mi mojego najlepszego przyjaciela. ale brakuje mi tego prawdziwego, nie tego zmienionego.

i co by jakimś korporacyjnym akcentem zakończyć:

Regards,
K.