Mówią, że czas leczy rany. A ja mówię, że gówno prawda. Może leczy te mniejsze, te, które ładnie, choć powolutku, ale jednak się goją. Z pewnością jednak nie leczy ran, które mimo upływu czasu pozostają żywe i bardzo bolesne. Minęły już ponad 3 lata odkąd ktoś wywiercił mi tę moją. Nie wiem nawet, gdzie ona do końca jest. Czy w sercu, czy na duszy, czy może w głowie? Nie wiem, ale pomimo upływu trzech lat, w przeciągu których zdarzyło się miliard kompletnie pokręconych rzeczy, ona nadal tam jest, tak samo bolesna. I choć potrafiłam się pogodzić po miłosnych zawodach, rozczarowaniach, nawet po czteroletnim związku, który podobno miał być na zawsze, tak jakoś do dzisiaj nie potrafię pogodzić się z tym, że jego nie ma już w moim życiu. Bo się nawzajem zraniliśmy, bo on nie potrafił mi wybaczyć, bo oboje jesteśmy zbyt dumni. I choć powinnam się już do tego przyzwyczaić to tak często mi go brakuje. Był jedyną osobą, która potrafiła mnie ogarnąć, potrząsnąć mną, gdy była taka potrzeba, a do tego rozumieliśmy się bez słów, a to nie zdarzyło mi się z nikim już nigdy później. Nawet, jeśli nie mówiłam czegoś na głos, on jeden zawsze wiedział, co naprawdę myślę, a mój smutek wyczuwał pomimo odległości 170 km. I tak bardzo lubiłam, że żeby się skonsultować to wystarczyło się złapać wzrokiem, słowa były zbędne. Lubiłam tę jednomyślność, to, że się nawzajem wspieraliśmy i jedno dbało o drugie. I tak z perspektywy czasu patrząc to jakoś nigdy nie lubiłam jego dziewczyn, tak jak zresztą on nie lubił moich chłopaków. Zawsze jedno z nas uważało, że to drugie powinno być traktowane lepiej.
I nawet, gdy to wszystko zaczynało nas przerastać i się sypać niczym uschnięte kwiaty, to myślę, że cały ten czas go w jakiś sposób kochałam. Nie wiem w jaki. Być może w taki sposób, w jaki kocha się tę jedną, jedyną osobę. Jedno jest pewne, że kochałam go przez wiele lat, nawet wtedy, gdy wymagał ode mnie więcej niż byłam w stanie mu dać, a kto wie, może nadal go tak kocham, przecież jednak boli.
I nie zapomnę jak się wtedy kłóciliśmy, wtedy, gdy myślałam, że już mi jest wszystko jedno. Staliśmy po środku drogi wrzeszcząc na siebie na całe gardło i jednocześnie zgodnie odpalając papierosy z jednej paczki, niemalże jeden od drugiego. I nikt mi nie powie, że tak się kłócą ludzie, którym już nie zależy. Mam wrażenie, że razem tworzyliśmy jakąś całość. On mnie tak dobrze dopełniał. Jakby był moją drugą połową.