Archiwum dla Lipiec, 2016

Almost lover

Mówią, że czas leczy rany. A ja mówię, że gówno prawda. Może leczy te mniejsze, te, które ładnie, choć powolutku, ale jednak się goją. Z pewnością jednak nie leczy ran, które mimo upływu czasu pozostają żywe i bardzo bolesne. Minęły już ponad 3 lata odkąd ktoś wywiercił mi tę moją. Nie wiem nawet, gdzie ona do końca jest. Czy w sercu, czy na duszy, czy może w głowie? Nie wiem, ale pomimo upływu trzech lat, w przeciągu których zdarzyło się miliard kompletnie pokręconych rzeczy, ona nadal tam jest, tak samo bolesna. I choć potrafiłam się pogodzić po miłosnych zawodach, rozczarowaniach, nawet po czteroletnim związku, który podobno miał być na zawsze, tak jakoś do dzisiaj nie potrafię pogodzić się z tym, że jego nie ma już w moim życiu. Bo się nawzajem zraniliśmy, bo on nie potrafił mi wybaczyć, bo oboje jesteśmy zbyt dumni. I choć powinnam się już do tego przyzwyczaić to tak często mi go brakuje. Był jedyną osobą, która potrafiła mnie ogarnąć, potrząsnąć mną, gdy była taka potrzeba, a do tego rozumieliśmy się bez słów, a to nie zdarzyło mi się z nikim już nigdy później. Nawet, jeśli nie mówiłam czegoś na głos, on jeden zawsze wiedział, co naprawdę myślę, a mój smutek wyczuwał pomimo odległości 170 km. I tak bardzo lubiłam, że żeby się skonsultować to wystarczyło się złapać wzrokiem, słowa były zbędne. Lubiłam tę jednomyślność, to, że się nawzajem wspieraliśmy i jedno dbało o drugie. I tak z perspektywy czasu patrząc to jakoś nigdy nie lubiłam jego dziewczyn, tak jak zresztą on nie lubił moich chłopaków. Zawsze jedno z nas uważało, że to drugie powinno być traktowane lepiej.
I nawet, gdy to wszystko zaczynało nas przerastać i się sypać niczym uschnięte kwiaty, to myślę, że cały ten czas go w jakiś sposób kochałam. Nie wiem w jaki. Być może w taki sposób, w jaki kocha się tę jedną, jedyną osobę. Jedno jest pewne, że kochałam go przez wiele lat, nawet wtedy, gdy wymagał ode mnie więcej niż byłam w stanie mu dać, a kto wie, może nadal go tak kocham, przecież jednak boli.
I nie zapomnę jak się wtedy kłóciliśmy, wtedy, gdy myślałam, że już mi jest wszystko jedno. Staliśmy po środku drogi wrzeszcząc na siebie na całe gardło i jednocześnie zgodnie odpalając papierosy z jednej paczki, niemalże jeden od drugiego. I nikt mi nie powie, że tak się kłócą ludzie, którym już nie zależy. Mam wrażenie, że razem tworzyliśmy jakąś całość. On mnie tak dobrze dopełniał. Jakby był moją drugą połową.

brak kontroli

po trzech godzinach stania w korkach na krajowej 17 w końcu dotarłam do domu. i siedzę taka lekko skołowana, z głową nadal gdzieś na wczorajszej imprezie i głębokim poczuciem, że na maksa nie chce mi się iść jutro do pracy.
myślę sobie nad tym jaki sajgon mi się ostatnio zrobił w życiu. „zrobił się”, sam, bo ja go chyba nie spowodowałam, come on. nie aż tak. za tydzień mam wesele, na które idę ze świadkiem. bo jakoś tak oboje wpadliśmy na ten pomysł, że to warto pójść razem. i tak mi to pasuje, ta jednomyślność w tym temacie i to, że on mi się zawsze całkiem podobał i lubię go, ma podobne zainteresowania, a to ułatwia rozmowę. i tak myślałam, że dotrwam sobie do tego wesela i zobaczę jak to będzie, może coś z tego dalej wyjdzie, a może tylko się dobrze pobawimy na imprezie.
aż tu nagle.. dwa tygodnie temu w klubie w Lublinie zobaczyłam jego. takiego ziomeczka, luzne ciuchy, czapeczka, coś urzekającego w wyglądzie. taki mój typ. taki trochę bardzo. spojrzał na mnie, więc się uśmiechnęłam. na pozytywie, nic nie oczekiwałam. ale kilka minut pózniej podszedł do mnie, gdy stałam sama przy barze. i tak jakoś zaskoczyło, spędziliśmy razem resztę wieczoru i przyznam, że bawiłam się mega dobrze. dlatego też mega mnie ucieszyło, gdy zapytał o mój numer telefonu. podałam, bo co miałam nie podać, brałam pod uwagę jakoś się z nim umówić. skoro na tej imprezie było fajnie to spora była szansa, że następne spotkanie też będzie fajne. z tym, że on go nie zaproponował. zbiło mnie to nieco z tropu, ale cóż.. mógł się rozmyślić przecież. zdarza się. kiedy wczoraj jednak spotkaliśmy się w klubie, w którym pracuje, wyglądał na zadowolonego z tego spotkania, nawet zapytał czy umówię się z nim na kawę. zgodziłam się, miał dziś zadzwonić. i nie zadzwonił. i znowu mam mindfuck. bo jak można być tak niezdecydowanym? po co proponować coś, czego się potem nie robi. i to nie jest tak, że ja muszę na tę kawę z nim iść, bo spoko, nie chce to nie, ledwo się znamy, więc nie jest powiedziane, że to musiałaby być jakaś super znajomość, ale z tych dwóch spotkań mam raczej dobre wrażenie, takie, że chętnie właściwie spotkałabym się jeszcze raz. z tym, że nic na siłę. nie mam w zwyczaju za kimś gonić.
i jakby tego było mało to jeszcze jest ten trzeci. ostatni. ten, który znając mnie od x lat, nagle postanowił wjechać w moje życie z buta. tak po prostu, nawet nie pytając mnie o zdanie. i naprawdę nie wiedziałam co się dzieje i jak to się nagle stało, że o 12 w nocy w moim domu jest koleś, który tak po prostu oznajmił mi, że nie wychodzi ze wszystkimi innymi gośćmi, tylko tu zostaje. i tak po prostu sobie wziął to co chciał, a tak się jakoś składało, że tym co chciał była randka ze mną. i tak właściwie to sobie myślę, że może ze mną właśnie tak trzeba postępować. stawiać mnie przed faktem dokonanym i nie dawać czasu na zastanawianie się czego właściwie chcę. a niewątpliwym plusem naszej randki było to, że zaproponował robienie naleśników.. sam z siebie. czekałam na coś takiego od lat i żaden, ale to żaden facet na to do tej pory nie wpadł. tylko on. i choć jestem zdezorientowana i nie cierpię nie mieć kontroli nad tym co się dzieje, to powoli się z tą myślą oswajam i właściwie to troszeczkę czekam na następne spotkanie. bo się znamy, lubimy, bo on mnie zawsze rozśmiesza i ma do mnie jakąś taką czułość, o którą go nie podejrzewałam, a która mi się podoba i intryguje mnie. i wszystko byłoby właściwie bardzo dobrze, gdyby nie siedział mi w głowie koleś z czapeczką.