od prawie dwóch miesięcy jestem trochę Paryżanką. miał być fresh start. i właściwie był. trwał prawie miesiąc.

a potem „pokazałam swoją prawdziwą twarz”.

po wypiciu morza: piwa, Long Islandów, whisky z colą i dwóch kieliszków wódki (a przynajmniej o tylu mi wiadomo) obudziłam się gdzieś w okolicach Republique obok cholernie przystojnego blondyna, którego imienia nie byłam do końca pewna, bo wydawało mi się jakieś dziwne. blondyn? naprawdę musiałam mieć ciśnienie. on też się obudził, zaczęliśmy rozmawiać. po pół godzinie już nawet się sobie nie dziwiłam. przystojny, ciekawy, rozmowa się kleiła od tak po prostu, a przecież byliśmy na takim kacu, i to wszystko po francusku. i tak oto skomplikowałam wszystko, co udało mi się do tej pory wyprostować. bien joue. poszliśmy na Subwaya. właściwie to nawet nie było to wszystko tak bardzo awkward jak można by się spodziewać. zdecydowanie znacznie bardziej awkward był późniejszy przejazd metrem ok. godziny 14 w sukience z poprzedniego dnia, podartych rajstopach, rozmazanym makijażu i potarganych włosach. classy.

ku mojemu zdziwieniu 3 dni później zaproponował mi randkę. zgodziłam się początkowo po to tylko, żeby zagłuszyć moralnego kaca i wyrzuty sumienia, a tymczasem bawiłam się tak dobrze jak już na randce się dawno nie bawiłam. chociaż to może akurat dlatego, że na nie nie chodzę. w każdym razie zdążyliśmy się umówić jeszcze ze dwa razy i upss.. ja jestem zainteresowana, a on chyba niekoniecznie. i nie, nie zakochałam się, nie stworzyłam żadnej utopijnej wizji naszej przyszłości. właściwie to jedyna wizja, jaką chciałam sobie w ogóle stworzyć, to ta dotycząca kilku najbliższych spotkań. ale lol nie. nawet tego nie zdążyłam zrobić. ja nie wiem naprawdę co ze mną jest. czy ja ich sobie takich wybieram, czy o co chodzi? owszem, w pełni rozumiem, że normalne znajomości nie zaczynają się od łóżka, ale przecież nawet mi takiej nie było potrzeba.

a wisienką na torcie jest ten jebany Londyn, który nadal bardzo uparcie siedzi mi w głowie. i każda nasza rozmowa, choć z początku wydaje mi się bez znaczenia, to koniec końców uświadamiam sobie, że mnie boli. za dużo w nich sentymentów. i niespełnionych obietnic, i przekomarzań. a to się nie stanie. i to wszystko jest takie głupie, bo być może mogło być inaczej, ale żadne z nas nie potrafiło nigdy powiedzieć normalnie co czuje. i żadne z nas się nie pofatygowało, żeby o coś zawalczyć. i to jest jedno z tych rozstań, gdzie nie ma wygranej strony. wszyscy przegrali.