próbowałam. naprawdę. podjęłam przynajmniej jebaną próbę. ale typ mnie zaczął męczyć równie szybko jak szybko uznałam, że dam mu szansę. a najgorsze, że nie potrafię zrywać. zawsze się patyczkuję z czyimiś uczuciami, żeby wybrać dobry moment, dobre słowa, dobre miejsce, aż w końcu kończę wrzucając typowi na ryj w Nowy Rok na środku ulicy wracając z Sylwestra. cóż. sam się prosił. i nie dość, że powiedziałam już wszystko, co miałam do powiedzenia to chłopaczyna się doprasza o jeszcze jedno spotkanie. bo okazało się, że i on ma coś do powiedzenia. przemyślał sobie. myśliciel. ręce opadają, gdzie ci mężczyźni?! z godnością i swoimi męskimi decyzjami.

tęsknię za J. nic mi nie pomaga, totalnie nic. nawet fakt, że wiem, że w bardziej toksycznej relacji nigdy nie byłam i nie należałoby do niej wracać. po prostu tęsknię jak ja pierdolę. a on się nawet nie odezwie. i nie, życzenia Bożonarodzeniowe się nie liczą. i ilekroć sobie przypominam jak mu wygarniałam jaki jest patologiczny, a on ze śmiechem odpowiadał, że jesteśmy tacy sami, dopiero dziś, po czasie, widzę, że miał rację. jesteśmy z tej samej gliny. i być może właśnie to sprawia, że tęsknię za nim tak drastycznie.

co gorsza, ten niezdrowo przystojny chłoptaś od loterii nadal siedzi mi w głowie, a jakby już to nie było dostateczną tragedią, to w dodatku ewidentnie mnie ignoruje. doprowadza mnie do totalnego szału i granicy postradania zmysłów. cóż, przynajmniej ktoś tak na mnie działa.

wisienką na torcie moich potencjalnych gachów/ absztyfikantów/ jak-chcesz-tak-ich-nazwij jest nieo starszy kolega, z którym wdanie się w romans byłoby zapewne gwoździem do trumny. a jednocześnie tak od zawsze coś do siebie mamy, tym bardziej, że ostatnie dwa spotkania tylko to potwierdziły. i tak miło wspominam tego Sylwestra, mimo jego zakończenia. za dobrze nam się razem tańczy, a sentymentalne rozmowy na pewno nie poprawiły sytuacji.

samotność przestała mi służyć.