Archiwum dla Listopad, 2014

Beaujolais Nouveau

kolejne Beaujolais, ale w tym roku już bez niego. i w jakiś sposób to się okazało dla mnie trudne. znowu Lemon. znowu Enklawa. tańczę z kimś innym. w tym samym klubie, ci sami ludzie wokół, ale inny partner. leci „Jubel” i słyszę moją ulubioną frazę „why are we losing time?”, patrzę na niego, uśmiecham się, on do mnie też. próbuje mnie pocałować. nie daję się, ale tylko dla zabawy. w sumie trochę randkujemy, nie byłoby to nie na miejscu. jeszcze się trochę droczę, patrzę jak zareaguje. później już wszystko mi jedno. większość już wyszła, nikt nie powinien nas zobaczyć, jest bezpiecznie. ale w chwili, gdy ulegam coś przestaje działać. Enklawa, facet = J. ale tym razem to nie z J. tańczę. i wszystko zaczyna we mnie krzyczeć. i coś mi każe przestać, mimo dobrej zabawy. gdyby do tego wszystkiego poleciało z głośników „We found love” to chyba bym bez słowa wyszła. ale na szczęście nie puścili. w końcu bierzemy taksówkę. i znowu wszystko we mnie krzyczy. bierzemy taksówkę, stoimy w tym samym miejscu co z J. NIE! to jest nie tak. to nie działa i do tego boli. w taryfie nie chcę trzymać się za ręce, nie chcę go ze sobą zabrać. chcę jechać do siebie. sama. i czuję się ostatecznie dość rozdarta pomiędzy tym, że dobrze się z nim bawiłam, a tym jak bardzo mi przeszkadzało, że byliśmy tam, gdzie przychodziłam z NIM.

nie wiem jak to wszystko jest. znów mam, kurwa, złamane serce i nie potrafię się w tym odnaleźć. nie potrafię się w tym odnaleźć tym bardziej, że jeszcze po nim się nie pozbierałam, a pojawił się ktoś nowy, ktoś, z kim zdecydowałam się nie planować, nie kminić, po prostu płynąć z prądem. ku mojemu własnemu zdziwieniu jakoś się dogadujemy i lubimy, i nawet bym uznała, że to jest właśnie to, czego od dawna było mi trzeba, gdyby nie ten chłoptaś, który przyszedł wziąć udział w loterii, zadawał 1000 pytań na minutę i chyba tak samo jak ja zgłupiał od dziwnego i podejrzanego zauroczenia od pierwszej chwili, gdy na siebie spojrzeliśmy.

„na luzie”?

i tak jak to się nieoczekiwanie zaczęło, tak też się skończyło. gdzieś pomiędzy pitym do meczu piwem, a poranną taksówką do pracy. gdzieś pomiędzy „lubię z tobą być”, a „wyjeżdżam, choć jeszcze nie wiem gdzie”. gdzieś w tej mieszaninie dobrych i złych stwierdzeń. i trochę bolało. trochę bardzo. zwłaszcza, że parę innych rzeczy poszło nie po mojej myśli i wszystko się skumulowało. i kiedy 5 dni później zadzwonił telefon „idziesz z nami na melanż wieczorem?”, to dopadła mnie lekka bezsilność. i nie pomogły emocjonalne szantaże w stylu „za 2 tygodnie wyjeżdżam do Londynu”, ani błagalne „bardzo cię chcę”. przyszedł po prostu moment, w którym nie chcę już tego całego „na luzie”. nie chcę też relacji z osobą, której jedynym zmartwieniem jest gdzie się napić wieczorem. w pewnym momencie to już nie wystarcza, zwłaszcza, gdy ten moment następuje po ponad roku. mamy inne potrzeby i spojrzenie na życie. inne oczekiwania. koniec był nieuchronny.

chyba najbardziej w tym wszystkim boli mnie to, że kolejnej osobie po ponad roku nie zależy na mnie dość. nie zależy na tyle, żeby zmienić coś w swoim życiu, żeby ruszyć dupę i po prostu pokazać to, że owszem on chce! i to chce tak na serio, z całym pakietem tego związkowego syfu. bo wersja „na luzie” zaczyna już powodować mój mindfuck i irytację.

jednocześnie chcę dać szansę czemuś nowemu, innemu. i choć raz w życiu spróbować nie kontrolować wszystkiego co mogłoby lub nie mogłoby się zdarzyć. po prostu zobaczyć jak wyjdzie, bez domysłów i bezsensownych przewidywań.