jesteśmy rok później i chyba jesteśmy trochę w związku. niby nie, ale jednak tak. i gdyby nie fakt, że oboje chcemy wyjechać z kraju w kompletnie innych kierunkach, pewnie odchodziłabym od zmysłów do czego to zmierza. i nie wiem jakim cudem jestem zakochana w takim kretynie, i to w dodatku od roku, mniej czy bardziej. i choć jest w nim 1000 rzeczy, za które go właśnie cenię, na czele z tym, jak się przy nim czuję, to coraz bardziej otwieram oczy na ten cały cyrk, który organizuje mi i wszystkim wokół. i to, że wydzwania do mnie 5 razy z rzędu o 1 w nocy to przy tym wszystkim mały pikuś. chciałabym, żeby miał choć troszeczkę po kolei w głowie, ale już się przyzwyczaiłam, że to się nie stanie, a my, w tym całym zauroczeniu i szczęściu, zmierzamy po prostu donikąd. ale, o ile tylko nie odbije mi się to czkawką w postaci jakichś dziwnych konsekwencji, właściwie stwierdzam, że było i nadal jest warto.