„między mną, a Tobą nie ma nic! obejmij mnie, chcę dotknąć Cię..”

wcześniej może i tak było, choć jak się tak nad tym zastanawiam, to chyba nie było tak ani przez chwilę. może tylko na początku, prawie rok temu, wtedy właściwie mogło jeszcze być „nic”. i niby wiemy, że nie powinniśmy w to brnąć, ale tak trudno się od tego powstrzymać. to głupie jak bardzo uczucia robią siano z mózgu. i tak lądujemy ze sobą raz po raz, przy niemal każdej okazji, a ostatnio nawet przestaliśmy się ukrywać, co jest raczej głupie i lekkomyślne, ale ile można się ciągle pilnować. jedno o drugie jest zazdrosne, ale żadne nie powie „chcę Cię na wyłączność”. bo przecież nie chcemy, bo to by było trudne, pewnie by nie wyszło, więcej szarpania ze sobą niż związku. i choć myślę, że nie powinniśmy być parą, to tak trudno mi jest zrezygnować z tych poranków przy nim, ze spędzonych razem wieczorów, jakby nic się totalnie nie liczyło, a nawet ze szczeniackiego całowania się w windzie, gdy mamy choćby jedno piętro do przejechania sami. i zachwyca mnie to jak bardzo mu się podobam, że o mnie dba, choć sam uważa, że to w pełni normalne zachowanie, i strasznie lubię jak się śmieje, nie potrafię się wtedy nie uśmiechnąć. i tak nie jesteśmy razem, ale dzwonimy do siebie, sypiamy ze sobą, jesteśmy o siebie zazdrośni, on chce bym przyjechała do niego na weekend, gdy będzie na urlopie, a na dobranoc w ramach czułych słów pada stwierdzenie „chyba Cię trochę kocham”.