zaczynam już odczuwać do siebie obrzydzenie. pomijając już fakt skopanej psychiki i tego, że nie potrafię się zaangażować, a zamiast miłych, sympatycznych kolesi wybieram patologię, to naprawdę mam dosyć swoich własnych działań i wyborów. rzygać mi się na to chce. rzygać mi się chce na to pijaństwo, z premedytacją; na to, że potrafię nie odezwać się przez cały wieczór słowem do chłopaka, z którym się umawiam, a przecież kurwa stoi 2 metry obok; na to, że gdy spada na podłogę laptop nawet sobie nie zadaję trudu, żeby sprawdzić, czy nic się z nim nie stało; na to, że wszystko mnie po prostu pierdoli i nie robi mi żadnej różnicy; że z upojenia alkoholowego zaczynam tracić kontakt z rzeczywistością; na to, że z moimi najlepszymi przyjaciółmi nie mam już nawet za bardzo kontaktu, a jeśli już mam to gardzą mną chyba po stokroć, bo jestem zupełnie inną osobą, której chyba nie znają już tak dobrze; mam dosyć tego, że to coś pomiędzy mną a nim ciągnie się od września, a nie prowadzi do niczego i prowadzić nie powinno; generalnie mam dość swojej obojętności. oto, co samotność robi z ludźmi. bo niestety prawdopodobnie to właśnie samotność i złamane kiedyś serce sprawiają, że wyjście na kilka drinków/ piw nie jest już tym wesołym rodzajem alkoholowego upojenia, gdzie tylko lekko wstawiona wracasz do domu i idziesz spać w przyzwoitym stanie. teraz jest to już coś w rodzaju premedytacji – „nie wrócę do domu trzeźwa, co to, to nie”. z zewnątrz nie widać różnicy, też się świetnie bawię, jest mega wesoło i pozytywnie, tylko, że bez tego alkoholu coś ciężko się obejść. a potem budzę się w opakowaniu, w totalnym syfie i zastanawiam się jak przez cały dzień uniknąć odpowiedzialnej roboty w pracy, żeby czegoś nie spierdolić. tak to mniej więcej zaczęło wyglądać. i choć naprawdę nie zamieniłabym mojego obecnego życia na to sprzed 1,5 roku, to pewne rzeczy zmieniły się na niekorzyść i jest to moje podejście do niektórych spraw.

dołuje mnie też to, że strach przed jakimś związkiem jest na tyle silny, że podczas, gdy chłop prawdopodobnie myśli, że jesteśmy razem, ja uważam, że się „spotykamy” i nie widzę tu żadnego związku z zobowiązaniem itd. nie jestem w stanie mentalnie wejść na taki level. być może to po prostu nie ta osoba, ale ciężko mi cokolwiek stwierdzić, bo nawet zastanawiać się nad tym boję. chciałabym się z wzajemnością zakochać i być z kimś, ale jednocześnie nie wiem nawet czy umiem jeszcze to poczuć i to w dodatku z wzajemnością. gdy tylko wyczuwam, że ktoś się angażuje to uciekam.

zadzwoniłam do K. by mu to wszystko powiedzieć, w nadziei, że może on mnie jakoś ogarnie, ale zamiast tego udawałam, że dzwonię tak tylko spytać co u niego, a on po chwili i tak się rozłączył i nie miał dla mnie czasu. jedyną osobą, która potrafiła mną potrząsnąć był A., ale podejrzewam, że A. serdecznie jebie to czy potrzebuję teraz wsparcia i co się u mnie w ogóle dzieje. a zadzwonienie do niego i powiedzenie „ustaw mnie, proszę, do pionu” wydawałoby się być najlepszym lekarstwem na to gówno, które mam w głowie.

i najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że to już kolejny taki wake up call, później jest jakiś okres spokoju, a potem wracam i tak do tego całego gówna. i teraz znów 2 tygodnie w absolutnym stresie będę czekać czy dostanę go czy nie.

kiedyś od tego, żeby mnie jakoś ogarnąć, gdy odpierdalam miałam ich. dziś oni już mnie nie chcą rozumieć, ogarniać czy cokolwiek, a jedyne z czym bym się spotkała mówiąc to wszystko to pogardliwy komentarz, żebym się opamiętała i tyle.