kolejny raz wyrabiam nadgodziny i kolejny raz obiecuję sobie, że w końcu je odbiorę. jadę do domu średnio zatłoczonym autobusem, ze słuchawkami na uszach i planami co muszę zrobić po wejściu do domu, żeby móc szybko z niego wyjść. posprzątam, zjem, przebiorę się i lecę na Ligę Mistrzów. chwilami nie wiem czy tym razem chodzi mi o mecz, czy o czyjąś obecność. mecz bym w sumie obejrzała, ale bez alkoholu jaki w tym sens. a on, ten ktoś, jest cholernym burakiem, który nie powinien mnie już obchodzić. bo nie obchodzi mnie, nic przecież dla mnie nie znaczył. tak, po prostu chcę obejrzeć sobie mecz dla relaksu. dostaję smsa. nie będzie go. i nagle gorzko uświadamiam sobie o co tym razem mi chodziło. jednak nie o mecz. więc nie ma już sensu spieszyć się po powrocie do domu.
kolejny raz wysłuchałam już tłumaczeń kolejnej osoby jak to powinnam sobie kogoś znaleźć. bo jak to można tak samej. marnuję się. skończę sama ze stadem kotów, obciętymi na krótko włosami i zapasem lodów w zamrażarce. choć nie mam nic do kotów, to jednak wizja ta nie wydaje mi się miła. raczej smutna. i chyba czasem bym chciała, żeby faktycznie ktoś był, ale cóż poradzę, że gustuję w mniejszych bądź większych kretynach, którzy odwalają mi coś idiotycznego prędzej czy później, a ja jadę dalej sama tą taksówką nie wiedząc, co mnie właściwie przed chwilą trafiło.
wchodzę do domu, nikt mnie nie wita. źle by zresztą było, gdyby mnie ktoś powitał biorąc pod uwagę fakt, że mieszkam sama. więc koniec końców jest to dobra wiadomość. odpalam laptopa i siadam „tylko na chwilę”. patrzę na ten burdel wokół mnie i myślę sobie, że to może poczekać. gości i tak się nie spodziewam. jego też się tu nie spodziewam. a chyba chciałabym, żeby przyszedł. tym razem nie w środku nocy w wyniku spontanicznych decyzji. tylko tak po prostu, na herbatę. usiedlibyśmy i obejrzeli film, nie przyznając się, broń Boże, że którekolwiek z nas, tak po prostu, chce spędzić czas z tym drugim. ale cóż.. na moim chceniu się to skończy, zwłaszcza, że on nawet nie próbuje poprawić sytuacji. nigdy nikomu nie zależy dość.

i mimo wszystko, z miłym napięciem czekam by znów jutro wsiąść w autobus o 8:12. taki miły uśmiech wydaje się być nadzieją na coś lepszego, co być może nawet nie niesie ze sobą rozczarowań.