spotkania po latach ze znajomymi zawsze są trochę dziwne, ale jeśli chodzi o mnie praktycznie w każdym przypadku jestem zajarana. teraz też byłam, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w pewnym sensie to spotkanie „przegrałam”. przez półtorej godziny nawet się specjalnie nie odezwałam słuchając tylko o ślubie, pracy, co słychać u J., znów o ślubie, pracy, pracodawcy, co słychać u K., znowu o pracy, a potem już tylko o ślubie. i naprawdę czuję się zaskoczona jak barwne życie muszą mieć moi znajomi z dawnych lat. nawet ustabilizowane do granic możliwości życie M. wydaje mi się bardziej sensowne niż moje. życie J. to jakiś kompletny burdel z bądź co bądź pozytywnym zakończeniem, a życie K. to zbiór różnych najdziwniejszych przypadków, ale tak było zawsze. jednak każde wydaje się być szczęśliwe. i po 4 latach przynajmniej można coś opowiedzieć. a co mam powiedzieć ja? że jestem niedoszłą semi-anorektyczką studiującą to, co – nie oszukujmy się – niespecjalnie mnie jara, tęskniącą za swoim miastem i obsesyjnie czekającą na powrót tam, bez pracy i żadnego większego doświadczenia jak do tej pory, a jedyną pozytywną zmianą jest stały związek z T., który mimo wszystko nie stanowi dla innych aż takiego wow w związku z tym, że trwa już 3 lata (facebook i te sprawy, wszyscy wiedzą ;p)? 

no dobra, może życie innych nie jest jakieś specjalnie kozackie, ale oni przynajmniej wiedzą czego chcą. ja wiem tylko, że chcę T. i Lublina. inne wytyczne są albo trudne do zrealizowania, albo wogóle nierealne, albo co gorsza ich nie ma. chciałabym być bardziej zorganizowana, nastawiona na jakąś samorealizację, ale w tym biegu po 40 kg to się jakoś zgubiło. i choć szukam jakiegoś dodatkowego punktu zaczepienia  to wszystko wyślizguje mi się z rąk. nie chcę mieć pracy tu gdzie studiuję, bo chcę wrócić do domu. nie mogę mieć pracy w domu, bo muszę studiować w wwa, że już nie wspomnę, że T. niestety by za mną nie wyjechał, więc bym go za dużo nie widywała. być może z tego samego powodu nie zacznę innych studiów (przynajmniej nie teraz). moje dwa podstawowe punkty zaczepienia są ze sobą sprzeczne, a więc całe moje życie jest jakieś rozpierdolone na małe kawałki, z których nic nie układa się w spójną całość. a najgorsze, że boję się, że za rok, dwa czy trzy lata będę wciąż w tym tkwić. w tym niewiedzeniu czego chcę. 
zdaję sobie sprawę, że mam w życiu coś, czego może nawet inni nie mają, a dla mnie to jest cenne, ale nie zmienia to faktu, że zamiast iść do przodu to ja jakoś tak kręcę się w kółko.