jestem naładowana pozytywną energią. i jakąś tam nadzieją, że to wszystko się jeszcze poukłada, ale zapewne przy pierwszej lepszej okazji wszystko(ale to wszystko!)wiedzący A. wygłosi jakiś komentarz, który mnie znów zniechęci do tego miasta i perspektyw (lub ich braku) na przyszłość. ale póki co staram się. mój LBN wpływa na mnie najlepiej. i kocham moją wioskę, i tę starówkę, po której nijak nie da się spokojnie spacerować w szpilkach (tak, nawet mam szpilki i to nawet nie jedne!), aahhh i kocham nasz zamek i siedzieć sobie tamm na schodach, albo ławeczkach, albo właściwie to gdziekolwiek. po takim weekendzie czuję, że żyję, że jeszcze na czymś mi zależy. tak więc teraz, znów w wwa, ze świadomością, że jutro o 8 rano będę stać w jakimś pieprzonym, irracjonalnym korku, nawet się nie zniechęcam. puszczę sobie muzyczkę i będę obserwować to wszystko z dystansem. a w piątek wrócę do swojego domu, tam gdzie moje miejsce. 

może, jeśli przestanę z taką niechęcią patrzeć na to wszystko, co mnie otacza, to, choć nie będzie zajebiście, to przynajmniej będzie znośnie, a ja odzyskam tę część siebie, która gdzieś się w tym wielkomiejskim burdelu zagubiła. tak, myślę, że F. i moi rodzice mogą mieć rację. pewnie nie będzie łatwo się dobrze nastawić do tego, co wzbudza moją głęboką niechęć, ale spróbuję, nie zaszkodzi mi to na pewno. 

i tak strasznie kocham się tak histerycznie śmiać, kompletnie bez powodu, kiedy wszyscy w koło zastanawiają się o co do ciężkiej cholery chodzi. uwielbiam! wtedy dopiero w pełni czuję się sobą, a tego nikt nigdy mi nie odbierze.