wiooosny! dziś już słonecznie było, ale za to zimno ;/ nie przeszkadzało mi to jednak w byciu naładowaną pozytywną energią. i poczułam się tak całkiem szczęśliwie stojąc w tym słońcu i czekając na spóźnione 503, jak się potem okazało napakowane ludźmi. ale „całkiem szczęśliwie” to nie „w pełni szczęśliwie”. uświadomiłam sobie, że czegoś mi tu do tego pełnego szczęścia brakuje. co więcej uświadomiłam sobie, że brakuje mi tego od bardzo dawna, tylko ja mylnie interpretowałam to jako zwykłe niezadowolenie albo wręcz poczucie jakiegoś nieszczęścia, a w każdym razie zdecydowanie nie uważałam, że jestem szczęśliwa. a jestem, ale po prostu nie tak mocno jak dawniej. brakuje jednego elementu, który wprawdzie nie zniknął, ani nie wyparował bezpowrotnie, ale został ograniczony. niestety dla mnie został ograniczony w sposób, który najwyraźniej dość mocno odczuwam. dawniej bez względu na to czy rozpierała mnie jakaś dzika (często nieuzasadniona ;p) radość, czy było mi cholernie smutno zawsze mogłam spotkać się z osobami, z którymi chciałam podzielić te emocje. i to nie znaczy, że bez przerwy z tego korzystałam, ale miałam tę świadomość, że mogę ZAWSZE (no bez przesady, prawie zawsze ;p w końcu każdy ma swoje życie ;D) do kogoś pójść. teraz jestem świadoma tego, że mogę sobie co najwyżej zadzwonić albo wyczekać określonego weekendu. lubiłam kiedyś przychodzić do R. i po prostu słuchać jak gra na gitarze. lubiłam chodzić na spacery albo włóczyć się z nimi po Elizz wieczorami z piwem w ręce, albo leżeć na asfalcie, patrzeć w niebo i zastanawiać się czy zbliżający się samochód zjedzie na drugą stronę czy to my musimy wstać. to wszystko wypełniało lukę, z którą nie mogę poradzić sobie dziś, i której nie mogę tak po prostu zapchać jednym weekendem na dwa tygodnie. to po prostu tak nie działa. brakuje mi tej świadomości, że to może być zawsze, nieważne jaka pora roku i jaki dzień tygodnia. i dziwi mnie, że nie rozumiałam tego wcześniej, zwłaszcza, że było to tak oczywiste. i jest mi trochę wstyd, że tak bardzo jestem uzależniona od osób, które nie są moim chłopakiem (bo wydaje mi się, że jest to jedyna osoba, która powinna tak mocno wpływać na mój stan emocjonalny). nie jest mi głupio dlatego, że są dla mnie ważni, jest mi głupio, bo tęsknię za nimi, choć nawet ich nie straciłam. czuję się przez to słaba. i głupia też. nikt normalny na pewno nie myśli tak jak ja. jestem emocjonalną ciotą, a to chyba rzadko kończy się dobrze. świat się nie będzie patyczkował z takimi jak ja, tylko kubeł zimnej wody na łeb i cześć. a czy się wysuszysz i jak się wysuszysz to już nie będzie nikogo interesowało.  

oznajmiam również, że wczoraj minęły nam 3 lata razem! i wiem, że być może należało o tym wspomnieć na początku, ale w związku z tym, że odkrycie z pierwszej części notki nastąpiło dziś rano, to miałam większą potrzebę najpierw wyrzucić z siebie tamto. w każdym razie, tak, już 3 lata razem. nie wiadomo kiedy to tak naprawdę zleciało. i choć się czasem kłócimy i dobijamy swoimi zachowaniami nawzajem to bardzo warto jest przez te chwile przechodzić. bo po nich są te dobre, takie, o których nawet często nie chce się nikomu mówić, bo to trochę tak jakby oddać kawałek najlepszej czekolady na świecie komuś, kto nawet by tego nie poczuł.