Archiwum dla Luty, 2012

gdzie jest wiosna?!

weszłam w kolejny etap swojego życia, potocznie nazywany pracą. opieprzałam się zbyt długo, choć nie ukrywam, że chętnie wciąż bym to robiła. i choć z jednej strony jestem w stanie wczuć się w klimat nowego miejsca i nowych obowiązków, to z drugiej strony przeraża mnie taka papierkowa robota w kompletnej ciszy i przy komputerze. czuję, że mam za dużo energii, żeby palić cały dzień na rozkminianiu dokumentów i robieniu zestawień w excelu. dorosłe życie uderzyło mnie prosto w twarz swoją powagą i ogarnięciem. myślę jednak, że jak tylko ustanie to cholerne zapalenie spojówek czy tam uszkodzenie rogówki czy co to tam jest to całkiem pozytywnie się w ten klimat wkręcę. w końcu wszędzie są pozytywy. 

ostatnio zdałam sobie sprawę z tego jak ważne są kompromisy i jak wiele utrudnia sytuacja, gdy ktoś na kompromis iść nie chce (opcjonalnie nie umie). ale nikogo do niczego nie można zmuszać, zwłaszcza, jeśli ten ktoś ma być szczęśliwszy po swojemu. obiecuję sobie nie rozczarowywać się takimi chwilami, bo czasem po prostu szkoda czasu na rozczarowanie. zamiast tego lepiej być elastycznym i szybko się dostosować do nowej sytuacji. nie, żeby to było takie łatwe, ale spróbować można. 
chcę już wiosny, baaardzo bardzo mocno.

LBN

wydaje mi się, że po prawie 3 latach związku T. po prostu przestało na mnie zależeć. zawsze kiedy wychodzę z inicjatywą kontaktu to jakoś jest nie w porę. nie ma dobrej chwili, żeby porozmawiać i nawet jeśli nie mówi wprost to daje do zrozumienia, że mogłabym zadzwonić kiedy indziej.. nawet smsy wysyłam nie o takiej porze jakby sobie tego życzył. brakuje mi jakiegoś poczucia, że cieszy się, kiedy mnie słyszy, że go interesuje jak minął mi wieczór czy cały dzień. wiadomo, że po upływie czasu nie jest już tak jak na początku, ale kiedy nie ma mnie te parę dni w jego mieście to jakoś mam wrażenie, że pewne rzeczy robi bardziej z nawyku, a nie z chęci. tak jakbym była już zaklepana i nie trzeba było już się więcej starać. nawet Walentynki jak się okazało mam zaplanować i zarezerwować sama. nie, żeby Walentynki miały jakąkolwiek wartość, ale nie zaszkodziłoby poczuć się zaproszoną. nie wymagam nie wiadomo czego, chcę po prostu czuć, że jestem tak samo jedyna i niezastąpiona jak kiedyś. chcę czuć, że ktoś o mnie zabiega i nie wyobraża sobie funkcjonować beze mnie. i być może T. daje mi do zrozumienia, że nie może beze mnie funkcjonować, bo w końcu kto zrobi jedzenie, herbatę, poda to do łóżka, a potem wszystko pozmywa, ale nad tym już pracujemy, nie jestem typową kobietą, która ma poczucie, że musi to wszystko robić, tylko, że mi wogóle nie o taki aspekt niezastąpienia w tym momencie chodzi! ;p 

poza tym, wszystko jest tak wspaniale jak mogłoby być zarówno z T. jak i ze wszystkim co się dzieje, ale to zapewne też zasługa LBN. 
dwa tygodnie w Lublinie to jest zdecydowanie to, czego tak bardzo potrzebowałam (a wręcz powiem, że za krótko). wszystko znów jest mega kolorowe, mega radosne i pozytywne. 
to beznadziejne, że mam dwa życia, gdzie w jednym mam wszystko oprócz T., a w drugim mam T. i tylko jego. z żadnego nie jestem w stanie zrezygnować, ale też nie da się ich połączyć, choć mam nadzieję, że T. pewnego dnia dostrzeże urok tego miasta i zechce tu zamieszkać <3