Archiwum dla Listopad, 2011

gramy

mam wrażenie, że tu, gdzie studiuję wszyscy są aktorami w jakiejś dziwnej sztuce. wszystko jest tylko powierzchowne i nieprawdziwe. brzmi trochę jak science-fiction, ale naprawdę tak jest. wszystkie relacje, które tu nawiązujemy to tylko gra. tylko udajemy, że nam na sobie zależy, że się przyjaźnimy, że to ma jakieś znaczenie. nie ma. kiedy ktoś odchodzi, nikt nawet nie zauważa, w to miejsce wchodzą nowe osoby, tak po prostu. powierzchownie jesteśmy super ziomkami, chodzimy na piwo, na kawę, do klubów, rozmawiamy, nawet szczerze, o różnych rzeczach, o tym, co cieszy, o tym co martwi. rozmowy są prawdziwe, ale to czy się tym przejmujemy już niekoniecznie. nawet, jeśli naprawdę się cieszymy z czyjegoś sukcesu, albo martwimy czyimś problemem, to nie jest to nic trwałego. tylko udajemy, że faktycznie coś czujemy. ale kiedy ktoś naprawdę potrzebowałby pomocy, niewiele osób faktycznie by się pofatygowało. niewiele osób przyjechałoby porozmawiać, po to tylko, żeby móc spojrzeć sobie w oczy, a nie prowadzić wirtualną konwersację. mało kto w razie twojego telefonu „jest mi strasznie źle, potrzebuję towarzystwa” powiedziałby: „czekaj, kupię jakieś piwo i już jadę”. nie, bo nie ma potrzeby tak się fatygować. tylko udajemy, więc bez przesady! nie wiem, może to tak naprawdę jest normalne. może to cecha dorosłości, a ja po prostu nie chcę dorosnąć. nie mniej jednak mam wrażenie, że to nie chodzi o dorosłość, tylko o to miasto i ludzi tu. mam wrażenie, że w moim mieście ludziom naprawdę zależy, a relacje, które tworzą są prawdziwsze i szczere. jedyną moją prawdziwą więzią w Warszawie jest T. on jest jedyną osobą, na której mi tutaj zależy i myślę, że jemu też naprawdę zależy na mnie. pozostałe ważne dla mnie osoby są w Lublinie. może ja nie jestem dla nich taka ważna, może to też powierzchowne znajomości. ale nigdy tak nie czuję, wręcz czuję, że faktycznie tym osobom zależy. może ludzie w stolicy tacy po prostu są, nawet jak przyjadą z innych miejsc to po prostu tacy się stają, i tylko ja czuję się z tym niekomfortowo, bo z jakiegoś powodu mam obsesję na punkcie swojego miasta. a może żyję w jakiejś dziwnej iluzji i nawet nie wiem, że to całe udawanie jest właśnie normalne i standardowe dla wszystkich wszędzie, a siebie samą oszukuję tym, że z kimś łączy mnie coś więcej niż nic. 

pragnę jeszcze dodać, że niezwykle urzekł mnie film „Listy do M.”. jestem już na etapie świąt i jaram się wszystkim, co z nimi związane, więc tym bardziej przypadł mi on do gustu. i był taki rozgrzewający, taki wprawiający we wspaniały nastrój :) <3 i muzyka mnie zachwycała, oh taak..
jaram się :)

na kacu ;p

czasem jestem tak strasznie za głupia, że aż się nie mogę sobie nadziwić ;p nigdy więcej prawie dwóch win ;/ dzięki ci, Boże, za „How I met your mother”, bo nie wiem jakbym przetrwała te 2 godziny od wstania z łóżka do pójścia w końcu do wanny. uczucie obudzenia się w swoim łóżku, w bluzce, w której chodziłam poprzedniego dnia, nie pamiętając nawet, że wogóle kładłam się spać, jest całkiem intrygujące, ale i tak załamuje mnie fakt, że się doprowadzam do takiego stanu, a ostatnio robię to z podejrzanym upodobaniem (choć może nie aż do takiego stopnia). wrażeń mi się zachciało. potem z zażenowaniem zastanawiam się, czy i tym razem uderzyłam w szafę wychodząc (podobno nie). w sumie to całkiem dobrze mi z tym wszystkim, choć nie za bardzo wiem dlaczego. zrzucenie z siebie odpowiedzialności za powrót do domu i wogóle za wszystko (no może bez przesady), co robię przez te parę godzin, jest po prostu całkiem fajne ;p 

twoja opiekuńczość jest najwspanialsza na świecie i sprawia, że się roztapiam.