na notkę zbierało mi się już od jakiegoś czasu, ale teraz, kiedy jestem inwigilowana nie wiem jak mi to pójdzie. podejrzewam, że raczej żałośnie, no ale spróbujmy.

przede wszystkim, pragnę poskarżyć się na fakt, że mój dom, mimo wszystko nie kojarzy mi się z hotelem, ani przytułkiem dla bezdomnych z darmową szamą, tv i internetem. nie ma również nigdzie żadnego drogowskazu bądź szyldu, który sugerowałby, że właśnie tak jest. więc nierealnie irytuje mnie fakt, że ktoś inny najwyraźniej tak właśnie go widzi. irytuje mnie też fakt, że przyjeżdżając na weekend nie mogę sobie spokojnie odpocząć ze swoją rodziną bądź sama, zostawiać włączonego komputera, kiedy schodzę na dół po kanapkę bez stresu, że ktoś go zaraz przejmie bez słowa ostrzeżenia, suszyć sobie włosów w jeansach i staniku czy nawet ostentacyjnie obnosić się ze swoimi ulubionymi czekoladkami bez poczucia, że może za 5 min. już ich nie będzie, bo ktoś zeżre je wszystkie nawet nie pytając czy to spoko. mam tego po prostu kurewsko dosyć. staram się być wyrozumiała i cierpliwa, bo wiem, że z tym kimś tak właśnie trzeba postępować, ale moja cierpliwość ma jakieś granice, że już nie wspomnę o wyrozumiałości. to jest MÓJ dom, a to oznacza, że każdy przejaw zawłaszczania terytorium przez kogoś, kto nie jest moim rodzicem lub zwierzakiem spotka się z agresją. i niezmiernie mnie wkurwia, że kiedy w końcu przestaję delikatnie sugerować, a zaczynam bezczelnie NAKAZYWAĆ, to to się odbija jak grochem o ścianę. tak nie będzie, to na pewno.
druga sprawa to taka, że od jakiegoś czasu tęsknota za Lublinem kompletnie mnie dobija. nie, żebym nie lubiła Warszawy, jest całkiem spoko, ale fakt, że mieszkam poza Lublinem już czwarty rok jakoś mnie zniechęca. zwłaszcza, że nie wiem czy kiedyś wogóle tam wrócę na stałe. T. nie chce tam, on chce mieszkać w Warszawie, w której z kolei nie chcę mieszkać ja. kiedy jestem w Lublinie czuję po prostu, że jestem we właściwym miejscu, że to mój dom i to, co kocham. czuję się tam bezpiecznie i dobrze. i wiem wtedy, że mój umysł odpoczywa. jeżdżę sobie swoją corsunią po miejscach, które dobrze znam, idę na kawę do tych samych kawiarni, a zakupy robię w tych samych, dobrze znanych sklepach. tam po prostu nie może być obco. a Warszawa jest wiecznie zabiegana, wiecznie taka obca i nieprzystępna. spotkanie kogoś znajomego graniczy tam z cudem. nieważne ile razy idę przez te same ulice i ile razy stoję na tych samych światłach, to po prostu zawsze jest jakoś tak jakbym była tam tylko przejazdem, przez moment, tylko raz. i jeszcze ci ludzie. nie to, że wszyscy, wiadomo, nie można wszystkich wrzucać do jednego worka. ale tak kurewsko mam dosyć słuchania, że „Warszawa jest super”, „my jesteśmy super, bo jesteśmy Z WARSZAWY”, „warszawskie cwaniaki”, „warszafffka oh i ah”. po prostu jak to słyszę to mam ochotę takiemu burakowi zajebać. co to za jakieś pieprzone poczucie wyższości, bo ktoś mieszka w stolicy. stolica nie równa się, do kurwy nędzy, Olimpowi, kiedy ci ludzie to zrozumieją. przez to wszystko od jakiegoś czasu, kiedy ktoś pyta mnie skąd jestem, puszę się jak paw, zadzieram wysoko głowę i mówię „z Lublina” i kompletnie mnie nie interesuje, że dla kogoś to miasto jedno z wielu. dla mnie to jest to jedyne. a przez takich ludzi jak przed chwilą opisałam, faktycznie w pewnym sensie czuję się lepsza, bo nie gonię obsesyjnie za hajsem i trzeźwo patrzę na siebie i innych. stołeczna ułomność raczej mi nie grozi. 
domyślam się, że przynajmniej jedna osoba przeczytała tę notkę, w dodatku przeczytała ją uważnie doszukując się jakiegoś znaku, który ułatwiłby rozwiązanie zagadki, nie mniej jednak ja wolałabym tę zagadkę zostawić bez rozwiązania ;p tym bardziej, że nie po to piszę w taki sposób, żeby nie było wiadomo o co chodzi, żeby potem dawać instrukcje ;p