wkurza mnie, że ktoś udaje mojego przyjaciela tylko wtedy, kiedy jestem mu potrzebna. zwłaszcza, że kiedyś chyba nim był, a przynajmniej tak uważałam. nie mniej jednak, jeżeli ktoś interesuje się mną, moim zdrowiem czy moim życiem, tylko po to, żeby za chwilę wyjechać mi z prośbą, to szczerze – po prostu mnie to wkurwia. i chciałabym mieć dość odwagi, żeby powiedzieć w końcu „a weź się pierdol”, ale przez wzgląd na dawne czasy zwyczajnie jej nie mam. ciągle sobie mówię „przecież się przyjaźnimy, to pewnie tylko przejściowe”. tylko, że już nie jeden raz coś było przejściowe. przejściowe chamstwo, przejściowa ignorancja i zapewne równie przejściowa przyjaźń. nie jestem jakoś specjalnie zdziwiona, ale wkurwia mnie moja ciotowatość. to, że milczę, chociaż wkurwia mnie ta fałszywość, bo cenię sobie szczerość, a o przyjaźń staram się dbać na bieżąco, a nie odkładać ją na półkę i wracać do niej w miarę potrzeb, i to, że na dodatek potrafię jeszcze spokojnie te prośby spełniać. zawsze byłam skłonna wybaczać swoim przyjaciołom różne rzeczy, nieważne jak okropne i jak bardzo się czułam zawiedziona. nie wiem czy to dobrze, ale chyba tak, bo to znaczy, że mi naprawdę zależy, jednak w tym przypadku czuję, że jest mi już wszystko jedno, mam tylko pretensje do siebie, że przemilczam sprawę. zaskakuje mnie fakt, że kiedyś byłam nawet w tym człowieku zakochana. ale uczciwie przyznaję, że go nie znałam tak dobrze jak teraz. muszę popracować nad mówieniem ludziom, tego, co myślę. jestem ciotą, jak się nie zmienię to w przyszłości inni będą mnie wykorzystywać po maksie, a ja jeszcze się uśmiechnę i podziękuję nie wiadomo za co. 

wczoraj miałam wrażenie, że jem obiad z młodszą o jakieś 15 lat wersją siebie samej. może trochę bardziej hałaśliwą (o dziwo) i upierdliwą, ale tak poza tym to dość fajne uczucie, kiedy patrzę jak obok mnie siedzi mała, rozczochrana dziewczynka, która z profilu jest właściwie całkiem do mnie podobna. niestety z żalem przyznam, że z braku cierpliwości po prostu uciekłam ;p odpowiadanie na to samo pytanie przez 20 min. naprawdę mnie zmęczyło. a komentarz babci „lepiej się przyzwyczajaj, też kiedyś będziesz mamą” wcale mi nie pomógł.
rozchorowałam się. ledwo wróciłam z cudownych, wspaniałych, upalnych wakacji z T. rozłożyłam się. przynajmniej na wyjeździe nie było problemu. mam nadzieję, że jutro będzie lepiej, w końcu moje urodziny, więc sprawa jest important. 
co do wakacji było fantastycznie. ja i T. tworzymy doskonałą parę turystów ;) zwiedzamy szybko i intensywnie. a najlepsze, że po 3 i pół tygodnia bycia non stop razem, wogóle nie byliśmy sobą zmęczeni. ponadto jaram się okropnie, kiedy ktoś nam mówi jaką wspaniałą parą jesteśmy :) zwiedziliśmy: Paryż, Wersal, Cannes, St Maxime, Cavalaire, Nice, Hyere, La Route des Cretes, Bandol, no i Barcelonę. ah, zapomniałam wspomnieć o Disneylandzie, z którego Tomek nie jest chyba specjalnie zadowolony, ale jakoś to przeżył ;) podsumowując: naprawdę cudowne wakacje. w przyszłym roku mam nadzieję kolejny trip, ale również zahaczający o La Londe.