Archiwum dla Kwiecień, 2011

Wesołych!

czuję się już zmęczona tym psycho problemem w moim domu. na dobrą sprawę nie tkwię w tym od wczoraj, powinnam się już przyzwyczaić i nauczyć żyć z tym. ale wciąż nie mam cierpliwości. i wciąż nie potrafię pojąć pewnych rzeczy, a one mnie denerwują. chcę podchodzić do tego wszystkiego łagodniej, ale po prostu nie umiem. nie nadaję się do tego. poza tym nie jestem w stanie takiej osobie zaufać i nie bać się, gdy zostawiam ją samą w domu. dla mnie to jest po prostu nie do pomyślenia. nieważne jak duży jest postęp w leczeniu, dopóki ktoś nie powie, że to już naprawdę koniec, to to faktycznie koniec nie będzie. i wciąż będzie coś nie tak. czasem czuję się tym zmęczona. mam dość i chcę, żeby było normalnie. żeby na głowie mieć tylko swoje problemy, a nie jeszcze cudze. ale mimo tego wszystkiego nie jestem w stanie się od tego odwrócić. jakkolwiek wiem, że to nie mój problem, to biorę to na siebie, bo w końcu rodzina to rodzina, a fakt, że wychowaliśmy się razem sprawia, że wciąż mamy jakąś więź nawet, jeśli bardzo nikłą. ale bardzo już chciałabym, żeby było normalnie. rodzice mówią mi, że nie mam najsilniejszej psychiki. i w sumie ciężko się nie zgodzić, ale z drugiej strony najsłabszej też nie mam. nawet, jeśli czuję się słaba, to potrafię się zebrać do kupy i ogarnąć wszystko wokół siebie, łącznie ze sobą. i może nie mam wszystkiego w dupie (choć wtedy na pewno byłoby łatwiej), ale jednocześnie nie daję sobie zwalić tego na głowę, więc tak czy inaczej nie widzę powodu, żeby czepiać się akurat mojej psychiki. radzę sobie, a to najważniejsze. chciałabym, żeby i inni w mojej rodzinie umieli sobie poradzić i dostrzegać, co robią nie tak, ale jakoś nie widzę, żeby się na to zapowiadało, przynajmniej co do jednej osoby.

a tak poza tym to Wielkanoc jest ekstra, chociaż szkoda, że nie ma słońca, a grzmot dzisiaj w nocy zatrząsł całym domem i sprawił, że po raz pierwszy tak bardzo bałam się burzy. gratuluję. oprócz tego, bardzo, ale to bardzo chciałabym nosić szpilki i wyglądać tres chic. tylko najpierw muszę się nauczyć na nich nie zabić. to by było na tyle ;p wesołych!

bez tytułu tym razem

przeczytałam gdzieś kiedyś, że z anoreksji się już nigdy nie wychodzi. to, że się poprawiło nie znaczy, że odeszło. i choć mnie taka ciężka, poważna anoreksja nie dotyczy, to muszę się zgodzić z tym, co przeczytałam. poszłam do psychologa być może w ostatnim momencie. byłam o tyle do przodu, że zdawałam sobie sprawę, że coś jest BARDZO ze mną nie tak. psycholog mi pomogła, sama sobie pomogłam też i jest dobrze. poczucie własnej wartości na dawnym poziomie, może ewentualnie ciut niżej, ale niekoniecznie; jedzenie w normalnych ilościach, brak huśtawek nastrojów. jest dobrze. ale czasem, kiedy moje poczucie wartości minimalnie się obniży, czuję jak ona wychodzi z cienia i próbuje mnie znów opanować. jest tak jakby tylko przyczajona, czeka na twoje dodatkowe kilogramy, na gorsze samopoczucie, na brak pewności siebie. kryje się tylko wśród twoich słabości. i czuję, że muszę się pilnować i nie mogę sobie pozwolić na użalanie się nad sobą, bo to wróci. czasem stoję przed lustrem i się zastanawiam „czy aby nie jestem gruba?”. i po chwili przychodzą dobrze już znane myśli „nie jem, będę ćwiczyć, Jezu, jaka jestem gruba”. dlatego urywam swoje rozważania o utyciu tak szybko jak je zaczęłam. nie daję się. boję się chwil, kiedy z jakiegoś powodu zaczynam czuć się gorsza, bo pierwszym rozwiązaniem, jakie przychodzi mi do głowy jest odchudzanie. muszę najpierw kategorycznie je odrzucić i dopiero myślę, co mogę z tym zrobić, ewentualnie uświadamiam sobie, że tylko coś sobie wkręciłam. generalnie, nie jest to dla mnie zbyt uciążliwe, te myśli nie są natarczywe, trwają tylko ułamek sekundy, ale jednak przychodzą. nie wiem, mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu, a potem nawet te odruchowe myśli znikną. wiem, że jestem już zdrowa, ale wciąż jestem świadoma tego, że, jeśli się poddam choć na chwilę, to może do mnie wrócić. a najdziwniejsze jest to, że nawet nie zakwalifikowano mnie jako jakąś naprawdę chorą i nadającą się do leczenia psychiatrycznego, i ja też o tym wiem, że nie byłam nawet blisko takiego stanu, ale czuję się tak jakbym miała z tym wszystkim coś wspólnego. 

cały ten tekst brzmi jakbym była chora albo użalała się nad sobą. ale nie jest ani tak, ani tak. to tylko przemyślenia, takie luźne. współczuję po prostu tym naprawdę chorym, bo wyjść z choroby psychicznej jest bardzo trudno. a gdy już jest dobrze i oni czują jak to za nimi idzie i to 10000000 razy intensywniej niż ja przecież, to ciężko jest się nie złamać. 
jaram się, że nadeszła wiosna. co prawda akurat weekend ciepły nie był, ale nie zrażam się i czekam na ładną pogodę. i chcę już lato i mieć relaks. mam nadzieję, że pojedziemy gdzieś z T. nie tylko do Francji. i chcę też pojechać nad jezioro, nawet jak nie ma tam żadnych szczególnych atrakcji, to atrakcją będzie dla mnie prowadzenie samochodu, a potem kąpanie się w zapewne chłodnej wodzie. ah, i jedzenie jakiegoś niezdrowego jedzenia, gdzieś przy miniplaży :) 
praca licencjacka in progress, choć nie powiem, żeby grubo mi szło ;p ale staram się, a to już coś.