Archiwum dla Luty, 2011

marzenia

„Mam marzenie i doskonale wiem co z nim robić,
systematycznie rzucam sobie kłody pod nogi.
i z radością odwlekam realizacji termin..”

Łona – Nie gadaj tyle

to ja. w tej piosence. ja marzeń mam i miałam zawsze wiele. jak byłam mała chciałam zostać piosenkarką, ewentualnie malarką. i choć generalnie, nie chcę już sławy zdecydowanie, to z marzenia o zostaniu piosenkarką pozostała mi chęć do śpiewania. ale zapewne jak się wszyscy domyślamy, śpiewam czasem z nudów albo w samochodzie i na tym koniec ;p marzenie zostania malarką przekształciło się w marzenie zostania fotografem. to się jeszcze jakoś mnie trzyma, na tyle, żeby kupować aparat i książki i coś może w tym kierunku próbować. ale już nie na tyle, żeby sięgać po to pomimo wszystko i z cholernym uporem. idźmy dalej. kiedy trochę podrosłam, zaczęłam myśleć o bardziej przyziemnych zawodach i postanowiłam zostać weterynarzem. nie powiem, chciałam tego i przez parę lat pomimo tego, że wszyscy w koło uparcie mnie zniechęcali, ja się trzymałam. ale ostatecznie, jak znów możemy się domyśleć, zrezygnowałam i postanowiłam pójść na coś w rodzaju finansów bądź ekonomii, nawet nie wiedząc, co zamierzam potem robić. i oto jestem na finansach, a na pytania „co zamierzasz potem robić?” odpowiadam „nie wiem”. czułam cholerną satysfakcję dostając się na te studia, ale nie wiem czy nazwałabym to szczytem swoich marzeń. dodam jeszcze, że jak byłam mała najbardziej chciałam grać na jakimś instrumencie. miały być skrzypce, fortepian, w końcu gitara. nic z tego rodzice nie uznali za godne uwagi. na propozycję bym może zaczęła grać w tenisa też właściwie nie zareagowali. dopiero po dwóch czy trzech latach doszli do wniosku, że noo niech będzie. po następnych dwóch uznali, że już mi wystarczyło. i tak skończyła się moja kariera podrzędnej, choć szczęśliwej tenisistki. w sumie nie winię ich za to, moje zachcianki nie były tanie, a oni nie mieli pewnie pieniędzy, żeby mi to finansować. co jeszcze z ciekawych rzeczy? cholernie, ale to cholernie chciałam jeździć na motorze. tata mi to zaszczepił i naprawdę całe dzieciństwo byłam pewna, że jak skończę 18 lat to zrobię prawo jazdy kat. A, a rodzice kupią mi motor. nie wiem czy nawet miałam lat 16, kiedy na wzmiankę o motorze usłyszałam kategoryczne, stanowcze i absolutnie absolutne NIE. mogę się zabić, dawcy organów itd. ja chyba po prostu lubię marzyć. wyobrażam sobie kim to nie jestem i najwyraźniej, skoro do niczego nie dążę, tak mi jest dobrze. może gdybym chciała spełnić któreś swoje marzenie, okazałoby się, że nigdy mi się nie uda? może to właśnie to sprawia, że nic nie robię. tak łatwiej. nie dostajesz kopniaków, siedzisz sobie wygodnie i realizujesz wszelkie pragnienia w głowie. i niniejszym oświadczam, że jestem żałosnym tchórzem. bo takimi ludźmi należy gardzić, a nie głaskać ich po głowie i mówić, że kiedyś się uda. co ma się udać, skoro ktoś się dostatecznie nie stara? 

ale w końcu „po co łapać króliczka, skoro tak przyjemnie się go goni?” 

toshiba

zepsuł mi się laptop! albo może dokładniej: to JA zepsułam mój ukochany laptop :( nie wiem co mnie podkusiło, żeby walic w niego pięścią. nie, żeby to było wooogóle do mnie niepodobne, ale i tak nie wiem, co mi strzeliło do głowy. fakt jest taki, że od prawie dwóch tygodni jestem bez komputera (no dobra, od wczoraj TROCHĘ komputer mam). a nie zapominajmy, że nie mam tv, ani nadmiaru książek do przeczytania (zwłaszcza, że do niedawna trwała sesja). po równym tygodniu zaczęłam przejawiac oznaki lekkiego obłędu i tańczyłam w jakimś dzikim rytmie z radiem Złote Przeboje. jak podawał spiker (czy kto tam gada w radiu) był to „Karnawał z Radiem Złote Przeboje”! do łóżka poszłam z przyjemnym uczuciem zmęczenia po wysiłku fizycznym. coś wspaniałego. co to się wtedy wydziela w organizmie? endorfiny? chyba tak. w każdym razie są zajebiste. może zacznę tańczyc z radiem częściej (w co, mimo wszystko, wątpię).

chyba odkryłam dlaczego nadal zdarza mi się myślec o L. ze zdziwieniem zauważyłam, że po tym wszystkim nawet jej nie opieprzyłam. opieprzyłam tylko jego. a tak naprawdę to na niej mi bardziej zależało, albo w każdym razie powinno, i to o niej, a nie o nim myślę czasem do dziś. nie mogę pojąc dlaczego na nią nie nawrzeszczałam, powinnam była wyrzucic jej całą tę olewkę, bezczelnośc i fakt, że kiedy jej naprawdę, naprawdę potrzebowałam, jej zainteresowanie moją osobą było w najlepszym wypadku znikome. podobno prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. a fakt, że jak ostatnia idiotka usiłowałam spieprzyc sobie życie (teraz myślę, że mogło byc to po prostu wołanie o pomoc i próba zwrócenia na siebie uwagi, ale to K. jest psychologiem, a nie ja) raczej zalicza się do „case of emergency”. a ona wogóle się nie interesowała ani moimi pomysłami niepodejścia do matury, ani rezygnowaniem ze wszystkich marzeń, pragnień, jakiegokolwiek uznania z czyjejkolwiek strony i czego tam jeszcze. skreślałam swoje życie powoli i z determinacją. a ona? ona miała to W DUPIE. ważniejsze było latanie po jego bogatych kolegach i zachowywanie się jakby złapało się Pana Boga za nogi. głupia byłam myśląc, że nie ma czasu, bo ma nową szkołę i nowego chłopaka. ona po prostu NIE CHCIAŁA miec czasu. pieprzyc. jedyne, co mnie wkurza w tym momencie, to to, że przemilczałam sprawę. nie wiem tylko dlaczego ;/ a najlepsze, że zwróciłam na to uwagę dopiero po 3 latach.

a tak ogólnie to jest zajebiście. sesja się skończyła. jedno z trzech kolokwiów ze statystyki napisałam na 100% <duma>, więc myślę, że właściwie to jestem strasznie mądra. przemądra. i jestem mistrzem statystyki. teraz jest chill out i sprzątanie mieszkania. jeśli znowu zaatakuje mnie pająk, stracę wiarę w ten blok. w weekend woziłam się corsunią po Warszawie w towarzystwie Krzysztofa Hołowczyca, który na dzień dobry mówił mi „ze mną na pewno dojedziesz do celu!”. a wczorajszy wieczór i dzisiejszy poranek spędziłam z T. na oglądaniu trochę starych, ale cholernie dobrych filmów. omal nie zepsułam T. jednego z nich, nieświadomie rzucając sugestię, że Bruce Willis nie żyje, ale na szczęście T. kompletnie się nie zorientował o czym mówię. a więc po prostu jest wspaniale!

nie mam ciiii, nie wiem dlaczego ale alt+c po prostu nie działa ;/