Archiwum dla Styczeń, 2011

plan na zostanie artystką

mam niezbyt mądrą ambicję stania się artystką w trybie ekspresowym. oczywiście w fotografii. dużo o tym gadam, a nic nie robię, oto cała ja. ale chcę coś robić, tylko nie wiem jak mam się do tego zabrać. kreatywność zgubiłam gdzieś po drodze na moich wspaniałych studiach, próbuję ją znaleźć, ale najlepiej to raczej mi nie idzie. 

przedwczoraj przeżyłam koszmar rodem z horroru. scena łazienkowa prawie jak z „Psychozy”. sprzątam sobie łazienkę, a dokładniej myję wannę, a tu nagle z jakiejś dziury wyskakuje na mnie wielki pająk. zachowałam zimną krew, nawet nie pisnęłam. za broń miałam prysznic! okazał się niezłym pływakiem, ale siła żywiołu wygrała! razem ze mną. do dziś mam uraz i przed wejściem do wanny, najpierw ją całą sprawdzam.
czuję się taka trochę nigdzie. nie nadaję się na wieczór kawalerski, ale na wieczór panieński też się nie nadaję. więc pytam: gdzie wobec tego się nadaję?! może nadaję się do grona, w którym tylko słucha się opowieści jak było. tak, najprawdopodobniej to właśnie jest miejsce dla mnie. idąc dalej, szczerze wątpię, żeby ktoś, kiedykolwiek, chciał mnie na druhnę, albo, co więcej na matkę chrzestną dla swojego dziecka. tak więc, dla swoich przyjaciół (dzięki Bogu nie dla chłopaka) jestem bezpłciowa najprawdopodobniej. albo jestem dziewczyną, ale nie na tyle, żeby pamiętać o tym zawsze. jakoś mnie to nawet nie dziwi. żeby nie było – nie jest mi jakoś niewyobrażalnie przykro z tego powodu, przyzwyczaiłam się, choć bycie bezpłciowym nie jest też szczytem moich marzeń, ani wogóle żadnym szczytem. zdecydowanie mam większe problemy, co następuje: dlaczego nie robię zajebistych zdjęć?! dlaczego?!
oprócz bycia artystką, zamierzam też być kobietą sukcesu radzącą sobie ze wszystkim bez problemu. nie wiem, czy to się czasem nie wyklucza, ale uważam, że nie ma rzeczy niemożliwych, więc nawet, jeśli się wyklucza, mam to w dupie. choć muszę przyznać, że zakochane kobiety mają nagle -50 do samodzielności. i może nie umiem stwierdzić jakie żarówki trzeba kupić do żyrandola, albo nie umiem sama dobrze pomierzyć okien, ale wcale nie jest mi z tego powodu źle. dobrze jest wiedzieć, że można liczyć na kogoś bliskiego. poza tym, my, kobiety, mamy chyba ten drobny przywilej udawania bądź faktycznie bycia zbyt słabymi by same sobie ponieść bagaże lub otworzyć ciężkie drzwi. i dobrze. 

2011

Nowy Rok powitałam stojąc z T. przed pizzerią w górach i obserwując fajerwerki gdzieś tam, na horyzoncie, wokół siebie, a także nad głową. ktoś lał po nas szampanem, ktoś inny śpiewał piosenkę Legii, cokolwiek Legia ma wspólnego z Nowym Rokiem. ogólnie było fajnie. były narty, a tego mi brakowało. nie mniej jednak odnoszę wrażenie, że w oczach kolegów T. pozostanę jakąś wariatką, jędzą i ogólnie typową babą. ale to nie moja wina, że nie zawsze jest tak zajebiście, że czasem wkurzamy się o pierdoły i, że tak po prostu w grupie nie można tego załagodzić na osobności. nie ma par, które się nie kłócą wcale, a przynajmniej tak mi się wydaje. i choć wcale nie chciałam mieć takiego wizerunku, a podobno nawet miałam całkiem dobry, to teraz raczej muszę się pogodzić ze stratą ewentualnych kibiców. bo wg kolegów to najlepiej jakbyśmy zawsze siedziały cicho i nie miały zdania, i dopóki żaden się nie wpieprzy to będzie przekonany, że tak właśnie powinno być. ale do czasu.
nie lubię przyznawać się, że nie miałam racji, ale czasem muszę. cholernie mnie to boli, ale przynajmniej potrafię to zrobić. i jakkolwiek nie jestem czasem dziecinna, to akurat uważam za oznakę swojej dojrzałości. nie chciałam wierzyć, że kask na nartach może być do czegokolwiek potrzebny. nawet teraz widząc kogoś w kasku myślę sobie „jakaś przewrażliwiona i tchórzliwa łajza”. tylko, że teraz już rozumiem ten punkt widzenia. w momencie, gdy po przeleceniu tych paru metrów walnęłam głową w stok, zdałam sobie sprawę, jaki ten cholerny kask jest ważny. i już nie narzekam, że mi się nie chce go nosić, po prostu zakładam go na głowę i dopiero zjeżdżam. jednak inni mieli rację mówiąc „tak jest dużo bezpieczniej, to może cię kiedyś uratować”. nie będę tu dramatyzować, że bez kasku to bym umarła ble ble ble, bo prawdopodobieństwo takiej sytuacji jest znikome, ale nie ukrywam, że skończyłoby się to wszystko dla mnie trochę inaczej.
jeśli chodzi o postanowienia noworoczne to:
- wezmę się za to, co lubię, a nie za naukę :D
- zacznę uprawiać jakiś sport niekoniecznie regularnie, ale, żeby chociaż od czasu do czasu się poruszać
- przestanę T. tak często mówić, że go kocham
- przestanę mu zadawać pytania, które uważa za głupie
- będę utrzymywać porządek w mieszkaniu

narazie wystarczy. nic więcej nie przychodzi mi do głowy, ale myślę, że jest okej.