jadę 519, ludzi po prostu tłum, a w dodatku trafił się jakiś szalony kierowca, więc pędzimy i przy każdym zakręcie wszyscy walczą, żeby się nie wywrócić. to trochę tak, jakby kierowca założył się z kimś ilu ludzi uda mu się wywrócić podczas jednego kursu. cóż, przynajmniej, kiedy ja tam byłam to się to mimo wszystko nie zdażyło. tak więc, pędzę razem z tymi ludźmi, lekko spóźniona, słuchając muzyki i będąc obojętna na walkę z kierowcą. myślę o pierwszym roku studiów. wtedy pędziłam tak samo, choć wiedziałam, że nie muszę. i też słuchałam muzyki, i uśmiechałam się do niej, bo wiedziałam, że było dobrze, tak po prostu. a teraz niby wiem, że jest dobrze, ale mam problem z odczuwaniem tego. i pomyśleć, że zrobiłam to sobie tylko jedną, głupią decyzją. chciałam się odchudzić. w krótkim czasie udało mi się dojść do 49 kg, o których nawet nie marzyłam. więc mam – mniejsze rozmiary ubrań, czuję się szczupło, ale nadal uważam, żeby się nie przejeść. a co mam w gratisie? wypadające włosy, lekką depresję i potrzebę bycia perfekcyjną, jaką nigdy nie będę. zadaję sobie pytanie czy było warto. bo może ważyłam 55 kg, w których tak naprawdę czułam się super i wcale nie gruba, i byłam szczęśliwa, bardzo. i doceniałam co mam, zamiast się wszystkiego czepiać i szukać dziury w całym. od czego się zaczęła niechęć do własnego ciała? ironicznie, od zaakceptowania siebie nawet o te 3 kg grubszej, co było jednak widać. tylko, że inni tego nie akceptowali. więc i ja przestałam. a być może teraz znów ważyłabym 55 kg, bo schudłabym  tak po prostu nie zamęczając się i nie głodząc. i nie przyszłoby mi nawet na myśl, że coś jest nie tak, i byłabym szczęśliwa będąc sobą, tą nieidealną, choć właśnie czułam się bardzo idealna, taka jak trzeba. a teraz nieważne ile schudnę i jak bardzo się staram być najlepszą, to nigdy nie jest chociażby dobrze. i chce mi się płakać, bo wiem, że sama sobie tę krzywdę zrobiłam. i najgorsze jest to, że można to widzieć, chcieć sobie pomóc i zdawać sobie sprawę z konsekwencji, jeśli się czegoś z tym nie zrobi, ale to jak błędne koło. nagle znów zjem za dużo i znów to poczucie winy i niechęci, i złości. znów coś mi nie wyjdzie i znów ta nienawiść do siebie, że nie potrafię. i wtedy już nie pamiętam, że wiem o tym wszystkim, że nie mogę tak robić. wtedy już o tym nie myślę i to mnie nie obchodzi. głupio się dowiedzieć, że ma się coś z głową. choć przynajmniej staram się coś z tym zrobić, a to chyba ważne, jakkolwiek by mi nie wychodziło. i potrzebuję też przy sobie innych, którzy mi powiedzą „wiemy, że to nie jest łatwe, ale chcemy ci pomóc, i może nas już tym męczysz, ale zależy nam na tobie i wiemy, że się uda”. i myślę, że nawet jak tego nie mówią to po prostu to wiem, a ta świadomość mi pomaga.