chyba mam depresję. wykorzystałam już limit szczęścia w swoim życiu. mam zajebistego chłopaka, zajebistych przyjaciół i zajebistą rodzinę. generalnie niczego mi nie brakuje. i tu się moje szczęście kończy. reszta rzeczy w plecy. kto wie, czy studia wogóle skończę. najdrobniejsze sytuacje w życiu pokazują mi, że jestem nikim. nic niewarta. totalne zero. nie wiem skąd u mnie tak niskie poczucie własnej wartości. po prostu nagle z kogoś stałam się nikim. gdzie się podziało to wysokie mniemanie o sobie? od jakiegoś czasu moim jedynym atutem jest to, że jestem ładna. co bynajmniej nie idzie w parze ze słowem atrakcyjna pomimo wszystko. ładna i na tym koniec. ani mądra, ani bystra, ani nawet miła. tylko pyskata, wkurwiona, niezadowolona z byle powodu. czasem wstyd mi za samą siebie. zrobię coś pod wpływem nie wiadomo skąd wziętych emocji, a kiedy ochłonę jest mi niemożliwie głupio. czasem myślę, że potrzebuję pomocy, że sama sobie nie poradzę. ale mi się nie da pomóc. gdyby się dało, ktoś, kto o tym wie na pewno by mi pomógł. a jak narazie nic takiego nie zaszło. chciałabym, żeby ktoś mi udowodnił, że jestem wartościowa, może ważna. chciałabym, żeby ktoś mnie zebrał do kupy, po prostu jakoś ogarnął. im dłużej myślę o tym wszystkim, tym większą siekę mam w głowie i wydaje mi się, że lepiej chyba nieistnieć. ale istnieję i nie chcę chyba umierać. ale nie wiem, co zrobić, żeby sobie pomóc. czuję się jak jakieś jebane emo. gdzie się podziałam ja, ta szczęśliwa i zadowolona? jestem tylko ja – uprzykrzająca innym życie.