kocham koncerty. ten specyficzny, jedyny w swoim rodzaju klimat. stoję na Placu Zamkowym i słucham lubelskiej muzyki, i tak bardzo się w niej zatracam. w tym głosie, w tej gitarze i w tej piosence. pomimo, że generalnie lubię wszystkie to czekałam tylko na tę jedną. bo ją uwielbiam. i kojarzy mi się z wiosną. i kiedyś co wiosnę do mnie powracała, nagle w myślach po prostu ją słyszałam i już wiedziałam, że muszę ją włączyć. po raz pierwszy nie wróciła rok temu. co innego zaabsorbowało mnie tak bardzo, że najzwyczajniej na świecie o niej zapomniałam ;) w tym roku też bym już nie pamiętała, już minął okres jej powrotu. no ale ten koncert. więc jest. i znów się w nią wsłuchuję i widzę ją w pomarańczowym, zachodzącym słońcu i czuję w niej ciepłe wiosenne/ letnie powietrze, choć nie bardzo wiem dlaczego wyobrażam ją sobie właśnie tak. ale taka wydaje mi się najpiękniejsza. dziś chyba po raz pierwszy usłyszałam ją na koncercie. tym wspanialej było ją chłonąć. i byłam z wami, jak zawsze. i pomimo, że odczuwałam pewien brak to postanowiłam to zignorować, bo i tak pewnie nigdy się nie doczekam takiej sytuacji. więc po co o niej marzyć. i niby pozornie nie zmieniło się nic od tych naszych poprzednich koncertów, a jednak wcale nieprawda, bo nastąpiła pewna zmiana, a raczej chęć by ona zaszła. ale nie zajdzie. i należy to olać.
znowu się zapętliłam. mogę tego słuchać w nieskończoność. te dźwięki i ten głos mnie po prostu oczarowują. i choć ten tekst mówi o zupełnie innych czasach, to tak bardzo do mnie trafia.

kocham Juwenalia :)