Archiwum dla Luty, 2010

na zawsze razem

wczorajszy koncert zajebisty. dzisiejszy wypad? również. w sumie pisząc to nie jestem trzeźwa. ale jakoś tak mi się zebrało. bo kocham tych moich wariatów. wszystkich razem i każdego z osobna. przyjaźń z mężczyzną nie jest łatwa. przynajmniej nie zawsze. na początku to wogóle przyjaźni nie przypomina. ale jeśli się chce i czuje, że żal tego zmarnować, to na ogół może wyjść z tego coś więcej. tak było w naszym przypadku. nie mówię, że od razu nam wyszło czysto przyjacielsko, bo wcale nie. różne rzeczy trzeba było przejść, żeby było tak jak jest teraz. najgorsze jest uczucie samotności. wtedy może ci to dać każdy. nawet, jeśli przecież jest tylko twoim przyjacielem. gdy bardzo cię gryzie fakt, że nie ma bliskiej osoby, to już jest wszystko jedno. to chyba jest najbardziej niebezpieczne. to szukanie bezpieczeństwa, tam gdzie nie powinno się go odnajdywać do takiego stopnia. ja kocham moich przyjaciół. bywało różnie, nawet stosunkowo (czyli jakieś dwa lata temu) niedawno dałam do pieca. ale po prostu to nie zawsze jest łatwe. zwłaszcza, gdy zawód miłosny niszczy, wtedy się nie patrzy na nic, byle tylko odczuć jakieś znieczulenie. jakiekolwiek. ale ogółem rzecz biorąc to oni są najlepsi. jako przyjaciele i bracia. może czasem troszkę zawodzą, ale nigdy nie jest to nic trwałego. zawsze jedno broni drugiego. bo tacy już jesteśmy. od zawsze razem. nawet jeśli to zawsze trwa raptem kilka lat. to dla mnie to jest właśnie to „zawsze”.

aparat

dobrze mi. za daleko od ciebie, tak – to się zgadza, ale pomimo tego mi dobrze. słucham sobie muzyki, decyduję co zgrać na mp3. i tak po prostu jestem zadowolona. jestem wreszcie po sesji, oprócz matmy, wszystkie wyniki, które znam są do przodu. przyjechałam sobie na kilka dni do domu. i przede wszystkim, jakoś tak akurat w tym momencie jestem dumna z naszego związku. nie wiem, dlaczego właśnie teraz mnie to naszło, ale to chyba dobrze. minęło już ponad 11 miesięcy. wciąż się dziwię jak to szybko leci. nie przeszkadza mi to – wiadomo. bo to tylko świadczy o tym, że tak nam razem dobrze. ale czasem myślę, że to było zaledwie parę dni temu, a tu już miesiąc minął. albo dwa.

cieszę się, że jesteś.

zepsuł mi się aparat (znowu), więc pewnie odkryję w sobie wielki talent pisarski. choć jednak wolałabym się rozwijać w tym drugim. na to jednak sobie poczekam. trudno, tak się zdarza. aparaty nie są wieczne, jak zresztą nic elektronicznego.

zimę lubię przede wszystkim na stoku. choć również w naturze, dopóki ten puch jest tak piękny, niezmącony żadnymi samochodami, piachem, solą ani błotem, a do tego pozłacany naszym pięknym słońcem, zarówno tym sprawiającym, że nic nie widzę, jak i tym pomarańczowym, wschodzącym lub zachodzącym. tak, to też lubię. ale potem BUM! i jest już i piach i sól, i to wszystko jest rozjeżdżone przez te wszystkie autobusy, osobówki i jakby tego było mało to jeszcze i tiry. i już nie ma tego pięknego widoku, który uświadamia, że ten świat to jednak jest najwspanialszy, tylko trzeba chcieć to dostrzec. i znowu każdy brnie w niezadowoleniu i zamrożeniu przez tę Syberię, myśląc sobie jak już ma dość tego minus ileś tam stopni i tego zimnego wiatru. niestety nie jestem inna. jeszcze bez wiatru jakoś to znoszę. tak, bez wiatru właściwie jest całkiem nieźle. jeszcze jak do tego wyjdzie słońce to nawet powiem, że jest wspaniale!

niemniej jednak i tak dołączam się do akcji „Zimo wypierdalaj”!