3miasto = 3x tak ♥ ♥ ♥

Jak to co jakiś czas lubię robić – i tym razem wywróciłam sobie życie do góry nogami. Idą zmiany. Nowa praca, nowi ludzie, nowe miasto.. Trójmiasto ♥ Tyle szczęścia! Bałtyk, blisko na kajcik, nowe wyzwania – to wszystko nastraja mnie bardzo szczęśliwie i pozytywnie.
Dużo zmian zresztą przez ostatnie kilka miesięcy. Pojawił się ktoś. Na dłużej, poważniej. Ktoś, kogo rzeczywiście traktuję jako swojego partnera. Niemniej jednak pragnę gorzko zauważyć, że związki są trudne. Nie wiem czy to potrafię. To całe docieranie się z drugą osobą jest zarówno fajne i ekscytujące, jak i wkurwiające i męczące. Zwłaszcza, gdy druga strona ma trudny charakter. Do szewskiej pasji mnie doprowadza, gdy ktoś zakłada z góry i wręcz wmawia mi, że mam złe intencje; gdy mnie ocenia, negatywnie najprędzej. Słysząc takie teksty od osoby, na której zależy, bezsilność i żal dopadają najbardziej. Zwłaszcza, że ja w drugą stronę szukam tego, co dobre, zamiast przyjmować od razu najgorszy scenariusz. Nie wiem, może ja się nie nadaję; nie potrafię docierać z drugą osobą. Mam wrażenie, że mimo, że się staram to jakoś tak nie ma efektów. Zamiast minimalnego kredytu zaufania i lekko zakochanego przymrużenia oka na niedociągnięcia na start, dostałam dużą dozę podejrzliwości i niskiej oceny. Motywująco.

Za 3 miesiące Gdańsk. Nie jestem do końca pewna, na ile ten wybór był racjonalny, a na ile to była intuicja, ale zdecydowanie była ona bardzo silna. Może to przez kajta, może przez potrzebę wolności, z którą kojarzy mi się morze. A może wygrała we mnie ta myśl, którą mam z tyłu głowy.. że on tam teraz mieszka. To mi daje głupią nadzieję, że może odnowilibyśmy kontakt… poszlibyśmy razem najpierw na kawę, bo po 3 latach milczenia to tak łatwiej, na neutralnym gruncie, zobaczyć czy wciąż mamy o czym rozmawiać, czy jedno ma wciąż żal do drugiego, sprawdzić czy jest jeszcze ta nić porozumienia, której tak bardzo mi brakuje. I może spotkanie na kawę by się udało, więc za jakiś czas umówilibyśmy się znowu, tym razem na piwo, bo piwo to zawsze trochę rozluźni atmosferę. I może jakiś czas potrwałyby takie podchody i próby odgadnięcia, co to drugie myśli. Może udałoby się w końcu dojść do poziomu, na którym znów rozumiemy się bez słów, kiedy możemy siedzieć jednocześnie razem oglądając jakiś mało istotny film czy serial lub zajmując się każde swoimi sprawami. Może… Ale pewnie tak się nie stanie… Pewnie on się stamtąd wyprowadzi jak tylko usłyszy, że ja będę tam mieszkać. I choć to pozornie niemożliwe, pewnie jeszcze troszeczkę bardziej pęknie mi serce. Tak minimalnie, ale znacząco. W dzieciństwie bardzo mocno nie lubiłam gubić puzzli – obrazek wtedy, choć nadal ładny, był zwyczajnie niekompletny. Pomimo, że było widać, co reprezentuje, czegoś mu brakowało.

Almost lover

Mówią, że czas leczy rany. A ja mówię, że gówno prawda. Może leczy te mniejsze, te, które ładnie, choć powolutku, ale jednak się goją. Z pewnością jednak nie leczy ran, które mimo upływu czasu pozostają żywe i bardzo bolesne. Minęły już ponad 3 lata odkąd ktoś wywiercił mi tę moją. Nie wiem nawet, gdzie ona do końca jest. Czy w sercu, czy na duszy, czy może w głowie? Nie wiem, ale pomimo upływu trzech lat, w przeciągu których zdarzyło się miliard kompletnie pokręconych rzeczy, ona nadal tam jest, tak samo bolesna. I choć potrafiłam się pogodzić po miłosnych zawodach, rozczarowaniach, nawet po czteroletnim związku, który podobno miał być na zawsze, tak jakoś do dzisiaj nie potrafię pogodzić się z tym, że jego nie ma już w moim życiu. Bo się nawzajem zraniliśmy, bo on nie potrafił mi wybaczyć, bo oboje jesteśmy zbyt dumni. I choć powinnam się już do tego przyzwyczaić to tak często mi go brakuje. Był jedyną osobą, która potrafiła mnie ogarnąć, potrząsnąć mną, gdy była taka potrzeba, a do tego rozumieliśmy się bez słów, a to nie zdarzyło mi się z nikim już nigdy później. Nawet, jeśli nie mówiłam czegoś na głos, on jeden zawsze wiedział, co naprawdę myślę, a mój smutek wyczuwał pomimo odległości 170 km. I tak bardzo lubiłam, że żeby się skonsultować to wystarczyło się złapać wzrokiem, słowa były zbędne. Lubiłam tę jednomyślność, to, że się nawzajem wspieraliśmy i jedno dbało o drugie. I tak z perspektywy czasu patrząc to jakoś nigdy nie lubiłam jego dziewczyn, tak jak zresztą on nie lubił moich chłopaków. Zawsze jedno z nas uważało, że to drugie powinno być traktowane lepiej.
I nawet, gdy to wszystko zaczynało nas przerastać i się sypać niczym uschnięte kwiaty, to myślę, że cały ten czas go w jakiś sposób kochałam. Nie wiem w jaki. Być może w taki sposób, w jaki kocha się tę jedną, jedyną osobę. Jedno jest pewne, że kochałam go przez wiele lat, nawet wtedy, gdy wymagał ode mnie więcej niż byłam w stanie mu dać, a kto wie, może nadal go tak kocham, przecież jednak boli.
I nie zapomnę jak się wtedy kłóciliśmy, wtedy, gdy myślałam, że już mi jest wszystko jedno. Staliśmy po środku drogi wrzeszcząc na siebie na całe gardło i jednocześnie zgodnie odpalając papierosy z jednej paczki, niemalże jeden od drugiego. I nikt mi nie powie, że tak się kłócą ludzie, którym już nie zależy. Mam wrażenie, że razem tworzyliśmy jakąś całość. On mnie tak dobrze dopełniał. Jakby był moją drugą połową.